Od wczoraj podejrzewaliśmy Rysia, że to z jego powodu pod karmnikiem leży kilka piórek, a wróble nie odwiedzają stołówki. Dzisiaj w słoneczny, mroźny dzień, ot tak podeszłam do okna i się wyjaśniło:
Krogulec zabił nam synogarlicę, która lubiła jeść ziarenka pozostawione w ogrodzie przez wróble. Prawdopodobnie to nie pierwsza jego ofiara. Pogoniłam nędznika i schowałam zwłoki. Ziąb dzisiaj spory, w dogodniejszym czasie trzeba będzie gołąbka gdzieś zakopać.
Wietrzysko zacinało okrutnie, więc tylko na chwilę wyszłam z samochodu, żeby spojrzeć na morze, gdy Fred kupował rybę i zupę rybną w wiejskim sklepiku. Jest jesienny chowder, pierwszy w tym sezonie!
Zaczęłam czytać antologię poezji Ginczanki (Marginesy, 2019). Trochę to potrwa, szybko się nie da. Do tego po kilku kartkach zmorzył mnie sen z wychłodzenia.
Kolejna płyta Ojca Teda nie startuje na starym odtwarzaczu (Fred szuka nowego), w zamian obejrzeliśmy dwa odcinki Latającego Cyrku Monty Pythona, Full Frontal Nudity i The Ant, An Introduction (1969). W ciągu dnia Kochany przygotowywał napisy do filmu, a ja zjeżdżałam z nastrojem. Mamy wolne, powinnam się cieszyć, ale dopadają mnie myśli nijakie.
Nie, no weź! Skoro już zabił, to powinien zjeść w spokoju. Bez tego śmierć synogarlicy jest całkiem bez sensu.
OdpowiedzUsuńMatkobosko, jakbym słuchała prawicowej wykładni powstania warszawskiego :D Żadna śmierć nie ma więcej lub mniej sensu ponad to, że gdy umrzesz, to nie żyjesz. A z punktu widzenia żywych chodzi o to, żeby ten oto osobnik na zdjęciu nie poszerzył sobie terenu myśliwskiego o nasz ogródek. Tutaj nie zje w spokoju, przykro mi, nie jest wcale.
UsuńPrzepraszam, ale krogulca na jarską karmę nie przestawisz, on musi polować żeby przeżyć :D
UsuńNie zamierzam :). Asertywnie mu zakomunikowałam, że (not) sorry, ale musi wypie**ć z naszego ogródka.
Usuń