Obudziło mnie Fredowe krzątanie się po kuchni, o siódmej trzydzieści Kochany wybył do pracy, zaczęłam dzień chwilę później. Za oknem morska mgła. Zaniepokoiły mnie wędrujące bóle stawów i mięśni, zrobiłam sobie test covidowy i null, widać to zwykłe starcze łamanie, to co, że kręciłam się przez nie pół minionej nocy.
Do poezji trzeba mieć melodię, wiem. Rozgrzebane tomisko Ginczanki (Marginesy, 2019) pochłonęłam na raz, gdy zaczęły się wiersze z dojrzałego okresu twórczości. Nawet zmitrężyłam trochę czasu na prześledzenie biografii innych poetów Szpilek znających pannę Gincburg. Tak jak podejrzewałam, wszyscy są martwi.
Doszłam do tego jak połączyć się laptopem ze skanerem, więc nie będę musiała do mojej pracy ręcznej, samodzielnie sobie zadanej, używać mężowskiego komputera. Zeskanowałam już kilka zdjęć, przejrzałam parę innych cofających mnie w czasie do lat 70-tych. Kiedy na nie patrzę, mam wrażenie jakbym oglądała socjalistyczną propagandówkę ... teść zawsze w garniturze, teściowa zmienia kapelusze, dzieci rumiane, sielanka :).
Fred wrócił z pracy z bukietem ciemnoróżowych róż. Też coś go brało, więc po obiedzie dość szybko okokonił się w pościeli. Zasiadłam jeszcze do Midsomer, 11.06, to jest akurat odcinek ... bożonarodzeniowy, z mocarną obsadą (Parfitt, Pigott, jedna z sióstr Cusack, najs). Łamie mnie dalej, pora przytulić się do Kochanego i uderzyć w kimono.
Chyba mógłbym już wrócić do tych odcinków Midsomer - rzuciłem właśnie okiem na początek 11x06 - postacie znajome, ale nie pamiętam, o czym to było.
OdpowiedzUsuńNo widzisz :) A ja nie wiem, kiedy dooglądam wszystkie, jak tak na to spojrzeć, to tematyka zdeczko durnowata ;D
Usuń