Lot był tylko trochę spóźniony, dzięki temu zanim wyleciałam z coraz zimniejszej Polski na lotnisku mogłam chwilę przysiąść z rodzicami przy herbacie (mama spokojnie wcina kanapkę i popija herbatę, jestem z niej dumna).
W połowie podróży dokończyłam czytanie Rzeźni numer pięć Vonneguta. Rewelacja. Potem tylko omiotłam wzrokiem uniwersyteckie wydanie hymnów orfickich, które wygrzebałam z domowej biblioteczki i zapakowałam do plecaka z intencją rozpoczęcia kolejnej lektury; resztę lotu spędziłam kiwając się przy okienku przez które słońce grzało niemiłosiernie (ponownie siedzenie 15a).
W planach nie było natychmiastowego powrotu do domu. Jakiś czas temu kupiliśmy bilety na Sigur Rós i przed podróżą do Polski postanowiłam pójść na koncert, jeśli tylko uda mi się dolecieć na czas. Wiatry mi sprzyjały, wylądowałam o 12:06 (do koncertu zostało mnóstwo czasu), zajechaliśmy z Kochanym do Blanchardstown: byliśmy w Milano na lunchu, w TK Maxxie na szwendactwie (kupiłam sobie zieloną czapeczkę Zwillingsherz), w the Art Of Coffee na ... herbacie jaśminowej. Zaczęliśmy przebijać się w kierunku 3Arena dość wcześnie i weszliśmy do budynku zaraz po otwarciu drzwi, została nam więcej niż godzina do występu (pochłonęłam popcorn, Fred też zjadł garstkę, będziesz mogła mówić, że zjedliśmy).
Koncertu doświadczyłam autystycznie, a druga część (Sigur Rós robi przerwę jak w teatrze) była dla mnie dodatkowo koszmarna, bo walczyłam z sennością. Fred jest zachwycony, ja nie wiem (zapytaj mnie później). Dopiero 5 minut po północy we własnym łóżku, zapadłam się w sen jak ciężki kamień, granit albo marmur.

Byłaś już kiedyś na koncercie tego zespołu i pisałaś o tym na blogu (ew. tylko pisałaś że słuchasz)? Bo się zastanawiam, dlaczego ta nazwa nie jest mi obca.
OdpowiedzUsuńPisałam z pewnością i łatwo to sprawdzić. W lewym górnym rogu tego bloga jest wyszukiwarka :)
UsuńAaa... tam. Nie zwróciłem uwagi, że tam też jest. Tzn myślałem o wyszukaniu, ale jak nie znalazłem na panelu bocznym po prawej założyłem, że się nie da.
Usuń