Fred wrócił dopiero o dziewiątej, po prysznicu i wypiciu herbaty położył się spać. Mając mocne postanowienie dnia aktywnego i pożytecznego dokończyłam czytanie Koralewicz oraz kupiłam na Taniej Książce dwie lektury Skarżyńskiej w pedeefach. Po wypiciu porannej kawy i rozwieszeniu mężowskiego prania wyszłam nad morze. Krajobraz był łagodny, zaokrąglony, rozmyty mgłą wiszącą nad wybrzeżem. Dwie wrony odbywały poranną kapiel w strumyku wpływającym do morza, ludzi i wiatru niewiele. Po powrocie przegryzłam coś, pobujałam się, zaczęłam czytać nowy tekst, potem poszłam na drzemkę obok męża. Kiedy się obudziłam, byłam sama w łóżku ... Kochany wstał przed czwartą. I tak reszta dnia pomykała: obiad, rozmowy o różnościach, tłumaczenie kotu, żeby coś zjadł zamiast się marcować, Fred ustalał daty wylotu do Polski (już kupił swoje bilety). Sennie mi. Dzień rozdziobany.
Gdyby Fred napił się już w trakcie prysznica mógłby wcześniej iść spać. Podrzuć mu myśl, może następnym razem wykorzysta :D
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, u Freda wszystko ma swój czas i miejsce :)
UsuńNa spokojnie płynie życie, więc może nie do końca takie rozdziobane.
OdpowiedzUsuń@Jael, spokojne rzeczywiście. Trochę mnie już nosi, pora wyruszyć :)
UsuńBorze szumiący... Dlaczego ja nie mieszkam nad morzem, tylko wśród tych paskudnych pagórków? Rzeszów żąda dostępu do morza!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, :D z rzeczy bardziej możliwych: trzeba się po prostu przeprowadzić tam, gdzie morze już jest.
Usuń