Pobudka po trzeciej. Ubrałam się, skrolowałam trochę sieć, w końcu wyszłam na przystanek zatrzaskując za sobą drzwi. Wszystko było dzisiaj mniej więcej na czas, przyjechałam na lotnisko na tyle wcześnie, że jeszcze zjadłam śniadanie. Lot raczej spokojny, z niewielkimi turbulencjami, z pięknymi widokami na wodę po której ślizgały się małe, białe plamki.
W Polsce pojawiłam się przed południem (znękana obcierającymi mnie butami, za to zadowolona z mężowskiej asysty). Pojechaliśmy od razu do Tcy, najpierw na obiad do Mozzarelli 2.0, potem do fryzjera, na końcu do Kota (kawę podawał pan Kornel; buty zostały wcześniej wymienione na inne, plastry na pięcie te same):
No i proszę, gdy pojawiliśmy się w lesie pod domem, najpierw przywitała nas Malinka (sierścią na spodniach). Reszta hodowli też cała i zdrowa (taka np. Rozalka rozmazana na zdjęciach):
Dzień jest szary, od czasu do czasu pada drobny deszcz. Jemy fasolkę szparagową, kanapki z pomidorem, pychotki z bitą śmietaną (oraz maliny, ale to już tylko z mamą, dzielimy się owocami z jednej michy). Fred zmęczony, wziął ketonal i już położył się spać. Jest po dziesiątej czasu polskiego.


Co bolało Freda? I czy już mu przeszło?
OdpowiedzUsuń@FrauBe, tak ogólnie coś go nękało, ale przede wszystkim zatoki (a że ostatnio na zatoki Ka polecał ketonal, poza tym akurat ten specyfik był w domowej apteczce, więc ...). Fred mówi, że lek zadziałał, ale wolniej niż ibuprom.
Usuń