Miecz Damoklesa buja się nade mną, ale dzisiaj jest dzisiaj, odrzucam niepokoje. Ponieważ znowu obudziłam się wcześnie, postanowiłam to wykorzystać w dobrym celu. Odziałam rybaczki, T-shirt w paski, przeczesałam siwy włos, pokryłam twarz sunblockerem i o pięknym a ciepłym świcie, bujając biustem uwolnionym ze stanika, poszłam do osiedlowego sklepu. Zakupy: 5 puławianek (przed siódmą, więc jeszcze były), 1 cebularz, 1 chleb kołodziej. Nikt się do mnie nie od-uśmiechnął, poza panią sprzedającą. Ale ta z kolei zaczęła sprzedawać następnej osobie zanim wzięłam swoje zakupy z lady.
Mieszkanie jest nawet dobrze wytłumione, mikrokuchnia zawalona przyprawami w których się nie orientuję, lodówka wypchana jedzeniem (przy porannej kawoherbacie zastanawiamy się z Fredem, po co ludzie to sobie robią). Kochany właśnie preparuje śniadanie (już pochłonęłam dwie puławianki z szynką i pomidorem). Mamy plany, ale zanim dojdzie do ich realizacji, będzie spacer w kierunku pałacu (jest 9:00 czasu lokalnego).
___
edit 19:25
Wtorek był zaiste mocno chodzony. Po domowym śniadaniu udaliśmy się w kierunku pałacu, oczywiście po drodze zatrzymując się w herbaciarni (stąd kawa i lody bakaliowe). Po kawie przez pałac i park Marynki doszliśmy aż do Włostowic, w słusznej sprawie, bo Fred chciał porozmawiać z kolegą Tomkiem (przy okazji poznaliśmy syna kolegi). O tej porze dzień już zapowiedział się na upalny i dotrzymał słowa. Tomek zawiózł nas autem pod zamek w Janowcu i oprowadził po obiekcie. Pobieżnie obejrzeliśmy też dwór z Moniak oraz sąsiadujący spichlerz, po czym poszliśmy gęsiego za przewodnikiem do przybytku o nazwie Manes. Zjedliśmy tam chłodnik i patrzyliśmy na dwie owce, które robiły co chciały. Do Kazimierza dostaliśmy się dzięki przeprawie promowej (błyskawicznej, nie czekaliśmy ani minuty) po drodze zwiedząjąc jeszcze chwilę wąwóz Ciasny i ruiny willi Stanisława Szukalskiego oraz obfocając panoramę Wisły z Albrechtówki (nasz przewodnik w tym czasie jednocześnie mówił i szukał w piaskowcu amonitów). Był przystanek w aptece (kontakt rodzinny), następnie klasztor OFM (jak na zakon żebrzący, pan, który łypał na nas, gdy wracaliśmy z zapuszczonego wirydarza, miał brzuch imponujący). Jeszcze chwila na rynku, omówienie kamienicy Przybyłów i powrót do miasta. Byliśmy już trochę głodni i wyszło tak, że wylądowaliśmy w Kameralnej (pod restauracją pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem). Traf chciał, że w ogródku siedział drugi kumpel Freda z czasów wczesnej a burzliwej młodości, więc mogłam go poznać. Obiadek i powrót z buta do mieszkania. Padam, nic się mi nie chce (w trakcie przerwy w łażeniu skontaktowałam się z Frau Be, więc na tę chwilę na czwartek też jest mały plan).






Ja od-uśmiecham się do Ciebie.😀🥰 Miłego dnia!🍀🌞
OdpowiedzUsuń@maskakropka2, dziękuję i pozdrawiam :)
UsuńLodówka zapełniona jedzeniem uwalnia od obowiązku codziennych zakupów. U mnie czasem się zdarza obserwować, jak brat będąc w mieście trzy razy chodzi do tego samego sklepu, bo czegoś nie kupił przy pierwszej wizycie. U siebie na wsi mają to samo - chyba nie ma niedzieli, żeby brat, czy bratowa musieli iść po coś do sklepu, albo nawet oboje. Nie ogarniam tego.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, lodówka zapełniona jedzeniem zaczyna w którymś momencie śmierdzieć. I wcale jakoś nie ma się wielkiej ochoty korzystać z jej dóbr. A jeśli chodzi o chodzenie do sklepu - to jest dobry pretekst do wyjścia z domu.
UsuńNie wiem, u mnie lodówka nigdy nie śmierdziała. Jeśli coś kupuję to po to, żeby to zjeść, a nie trzymać aż się zepsuje i będzie można wyrzucić.
Usuń@Dariusz, melanż samotnego mieszkania z pełną lodówką i datami przydatności do spożycia zazwyczaj wcześniej czy później wymyka się spod kontroli. Czyli być może mamy co innego na myśli mówiąc o lodówce napakowanej jedzeniem.
UsuńNajpewniej.
Usuń