Pobudka wczesna (happy anniversary, my Love), wyjście do Sarzyńskiego dopiero ok. ósmej (młodzież licznie zbierała się na przystanku). Fred zauważył był, że lubię tak chodzić z fioletową torbą świekry na zakupy do piekarni. Fakticznie: miejskie życie ze sklepem osiedlowym oddalonym o kilka kroków chwilowo bardzo mnie konweniowało. (Widziałam ciekawie ubraną seniorkę, perły miała na szyi, a drugi sznur fantazyjnie upięty we włosach. I git) Lista zakupów: 6 puławianek, 1 cebularz, 2 drożdżówki z serem i rodzynkami. Fred dorobił wczoraj klucze do bloku i mieszkania, więc z zamykaniem po raz ostatni przybytku nie było dodatkowych mecyi i zawracania głowy sąsiadom. Jeszcze chwila suspensu, gdy klucz do samochodu po locie z balkonu trzeciego piętra rozpadł się na pół; wyrzucanie śmieci (z dokarmieniem dwóch osiedlowych kawek); w ostatniej chwili wrzucenie do kieszeni skarpetek suszących się w łazience; no i oczywiście szukanie na mieście taśmy dwustronnej do zabezpieczenia w połowie rozgrzebanej tablicy rejestracyjnej.
Gdy w czasie podróży poślubnej późnym latem zmierzaliśmy na Wschód, nie pamiętam nawet, czy widzieliśmy cień tego miasta na horyzoncie. Tym razem pojechaliśmy do Rzeszowa mając na myśli konkretny plan spreparowany z fantazją wczoraj: kobieta w błękitnej sukience z rybą u szyi weszła do restauracji Chilita po drugiej po południu. Zjedliśmy razem obiad i wymieniliśmy się kilkoma faktami (dobrze jest zobaczyć żywego człowieka za blogowym pisaniem; oczywiście Frau Be już wcześniej znała nas z fejsbunia, więc od razu wiedziała, że jestem siwa, bez żartów). Wszystko to za krótko; zanim zdążyliśmy się rozgadać, trzeba nam było jechać. Droga wiodła pod słońce; był przystanek gdzieś przy A4, bo Kochany musiał się wesprzeć jeszcze jedną kawą. Po dziewiątej wieczorem rodzice przywitali nas po staropolsku: pierogami i pychotkami z bitą śmietaną. Zmęczona jestem bardzo. Ale też szczęściara ze mnie jest :)
Ja tam nie chcę sugerować, ale moje miejsce znajduje się NA Dolnym Śląsku. Jakbyście kiedyś nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, nudzili się straszliwie czy co, to zapraszam. :-)
OdpowiedzUsuń@Agniecha, będziemy pamiętali:D
UsuńOwszem, szczęściara z Ciebie jest! A, właśnie - co to są puławianki?
OdpowiedzUsuńTo pisałam ja - kobieta z rybą u szyi.
@FrauBe, żeby zrównoważyć ten stan, późno w nocy promotorka zaproponowała spotkanie, co oznacza zapewne, że ma do mnie zbyt dużo negatywnych uwag, żeby to zmieścić w zwykłym emilku. No cusz.
UsuńPuławianki są to bułki plecione, w smaku trochę chałkowe, chociaż mniej słodkie (nadają się do jedzenia na słono). Myślę, że znajdziesz ich zdjęcie na blogu kierując się tagiem "Nowa Aleksandria".
Wróć, zdjęcie jest TUTAJ.
UsuńA! To już mam jasność. Taki miejscowy wyrób, jak nasze sztangle czy kazimierskie koguty.
Usuń