Za gorąco. Znowu nie spało mi się dobrze. Poranek mamy oczywiście wspaniały; ciocia eR ponownie rozpieszczała nas pyszną jajecznicą jedzoną w ciaśniutkiej kuchni. Spakowałam się jako tako, przy samochodzie pożegnał nas puchaty Lucuś:
Dojechaliśmy do Tcy i weszliśmy do Kota. Rodzice mieli być gdzieś na mieście, ale gdy skończyliśmy kawę i wyruszyliśmy do wsi, mama oddzwoniła już z domu. Ostatnie kilometry w deszczu, mimo to ulga niewielka (zresztą, po chwilowych fochach, niebo się rozpogadza); zjedliśmy obiad w ogrodzie i przed drugą Kochany ruszył w drogę powrotną.
Część ubrań została już wyprana; od kiedy nie noszę butów górskich puchną mi stopy, szczególnie prawa (czy to nie jest głęboka, życiowa porada? noś buty górskie dla zdrowia). Z mamą gapimy się na jakieś obrazki w tv oraz ze wspólnej patelki jemy smażone kartofle i popijamy je kefirem.

Lucuś jest ciekawie umaszczony.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, indeed :)
Usuń