Praca po tygodniowej przerwie; zwyczajowo, ale już mam poczucie zamykania tego etapu. Wzięłam ze sobą kanapki i w czasie lunchu uszczędnie nigdzie nie wychodziłam. Po pracy wyruszyłam z buta w kierunku zachodnim, przyszłam kilkadziesiąt minut przed piątą, więc jeszcze trochę czekałam na Kochanego. Przywitałam go pod pracą, załapałam się na poznawanie współpracowników (uścisnęłam dłoń starszej Irlandki, z którą Kochany przeniósł się razem z poprzedniej pracy, i chwilę rozmawialiśmy; w drodze do Lidla pomachałam Wiktorowi, który podobno w Nigerii był prawnikiem).
W drodze powrotnej zdarzyła się nam przykra historia, tzn. konkretnie nie nam, tylko młodej, dużej mewie (chyba srebrzystej). Musiał ją potrącić samochód, w każdym razie wydawało się, że kona na środku drogi. Towarzyszył jej drugi, mniejszy ptak, który stał na jednym z pasów i kierowcy musieli go omijać. Przejechaliśmy, dojechaliśmy do domu, wyciągnęłam nawet marchewkę do tarcia, ale zdarzenia zalegało mi w głowie. Okazało się, że Fredowi też. Wcześniej milczeliśmy, ale jak to wyraziliśmy na głos, założyłam z powrotem buty i pojechaliśmy zobaczyć, co z mewą. Spodziewałam się, że pewnie miazga, ale gdy dojeżdżaliśmy, dobra dusza o imieniu Sziwan właśnie zbierała ptaka do kupy i kładła za murkiem przy drodze. Jeszcze żył, miał przynajmniej uszkodzone skrzydło. Fred zostawił ptakowi wody, Sziwan powiedziała, że gdzieś zadzwoni, żeby go zabrali. Zatrzymała się jeszcze na chwilę, żeby zerknąć drugi raz, It's just a baby. Tyle mogliśmy dla niego zrobić w tej sytuacji :I
W domu obiad. Wieczór był pogodny, postanowiłam iść nad morze, dopóki jest choć trochę jasno. Kochany był zbyt zmęczony; zabrałam herbatę obiadową do kubka i wyszłam. Na ulicy Nadbrzeżnej słońce omiatało już dachy i szpaki w długim rzędzie grzały się w jego ostatnim promieniach na domie Caroline.
Na morzem trzy gracje rozbierały się właśnie do wieczornej kąpieli morskiej. Sto metrów od nich trzy inne gracje, tyle, że zupełnie ubrane (muzułmanki) z zapałem oddawały się fotografowaniu się w wymyślnych pozach. Zauważyłam więcej lwich grzyw wyrzuconych przez ostatni przypływ. Lekki wiatr, przyjemne ciepło, mewy na plaży tuptały do kolacji. Szkoda umierać w taki wieczór.
Weekendowa opieka nad Junoną została rozłożona na dwóch pomagaczy; tym razem nie będzie tak łatwo, bo się okazuje, że koteczce nie podeszły nowe krople, które dostała po dzisiejszym, porannym zabiegu (trzeba będzie trzymać i aplikować do mordki).



O, to ciekawe, jak wam pójdzie teraz to aplikowanie lekarstwa.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, okazuje się, że z łykaniem kropli wcale nie jest taki problem, za to teraz Klórewna nie chce piguły.
UsuńBBM: Przykra a jednocześnie budująca historia z ptakami…
OdpowiedzUsuń@BBM, przykra, bo możliwość ruchu mała: ptaka do siebie nie weźmiemy, weterynarz najpewniej od razu uśpi, a miejsc rekonwalescencji dzikich zwierząt nie ma w Irlandii za wiele. Budujące jest jednak, że ktoś się zainteresował cierpieniem i próbował ulżyć.
Usuń