Strony

poniedziałek, 31 marca 2025

1931. Z pamiętniczka opatulonej starowinki.

Rozpoczęłam dzień od siedzenia w Kuchniosalonie w … czapce. Już wczora z wieczora zaczęła mnie pobolewać głowa informując o chęci zapalenia zatok. Ach. Opatulona wyszłam na przystanek, a w mieście oczywiście zaszłam do Czarnej. Pani Stempelek 3 zapytała, czy dwie kawy. Poinformowałam ją, że mąż już w pracy (była przecież 8:30, u Freda zaś nowe zwyczaje: niektóre szychty mąż będzie zaczynał o szóstej, tak jak dzisiaj). Nie spieszyło mi się. Miało mi się spieszyć, ale zmieniłam plany. I dobrze zrobiłam, wprowadziłam w ten sposób spokój i ład. Saren znowu sama po weekendzie, rozmawiałyśmy chwilę, potem do roboty; czatowanie z młodzieżą minęło nie wiadomo kiedy. Czapa na łeb i wychodzę. Właśnie byłam na schodach, gdy zadzwonił Kochany z propozycją, że może mnie podwieźć w czasie swojej przerwy w pracy (czy ja wygrałam męża na loterii?); po kwadransie wjeżdżał na parking obok polskiego sklepu, a po kilku następnych minutach zostawiliśmy Babcię na kolejnym parkingu, Kochany do pracy na dodatkowe dwie godziny, ja na chwilę do Lidla, po sos na dzisiejszy obiad, potem do Costy na przegryzkę i zieloną herbatę. O trzeciej spotykamy się ponownie, i razem myk do domu.

Dzień był raczej bury, ale dość ciepły, więc pogoda nie pogłębiła mojego zagilenia. Kochany zaraz zajął się dokarmianiem ptaków, a potem zajrzał do Anne z darami, ostatkami puszeczek Rysiowych. Zaczęłam robić sos do makaronu, najpierw w towarzystwie Slayera, potem The Cure (ich ostatnia płyta będzie moją płytą roku'25, teraz już mam pewność), gdy się okazało, że Kochany wrócił w towarzystwie tego małego paddy'ego (który pokazał mi język):

Dobrze. Somsiod dostał cały zestaw wołowinki. Na deser pogłaskałam go po brudnym łebku. Wzruszyła mnie ta wizyta. Za każdym razem przy tak długim niewidzeniu się, zaczynam się zastanawiać czy jeszcze żyjemy, czy się nam zmarło. Jak zwykle bardzo ostrożny, zaglądał na prawo i lewo, czy ruda pantera nie wyskoczy na niego z pazurem zza domu. Nie wyskoczyła. Mówiłam mu już kiedyś, że pantera nie żyje, ale mały paddy mi nie wierzy.

Wczoraj późnym wieczorem zaczęłam czytać … Filonka Bezogonka. Zamierzam zabrać książkę z powrotem do domu, więc czas najwyższy. Oczywiście, też wzrusz. Starzeję się, jak nic; dzisiaj będzie kontynuacja.

Plany na jutro mniej więcej rozpisane; słucham jednym uchem rozmowy Freda z Mrzygłodem (wynoszę się do sypialni, klikam przy otwartym oknie, ptaki jeszcze gwarzą).

2 komentarze:

  1. TAK. wylosowałaś męża na loterii. Związki to loteria, jak całe życie. Nigdy nie wiesz, co się trafi (prawie Forrest Gump ze mnie wylazł ze swoją filozofią".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @FrauBe, loteria w tym sensie, że nie jesteśmy w stanie spotkać wszystkich, albo tylko tych właściwych. A jednak ... to my decydujemy, czy los wziąć, czy wrzucić z powrotem do puli :). Moc wycofania się po pierwszych kontaktach ma dziś prawie każdy, ale niewielu z tej mocy korzysta.

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.