Pobudka przed szóstą, myję włosy, żeby zdążyć je naturalnie wysuszyć przed wyjazdem z domu. Robię kawę dla Kochanego po siódmej. Zbieramy się, wyjeżdżamy przed dziewiątą, bo jest pomysł, żeby zatrzymać się jeszcze na kawę przy M1. Poranek jasny, ale na horyzoncie mgła morska, góry na Północy zniknęły. Pijemy, robimy sobie zdjęcia; wjazd na autostradę. Jestem na lotnisku tuż przed dziesiątą, Kochany zajeżdża tylko na chwilę niedaleko T1. Od razu idę do kontroli. Coś nowego: skanowanie. Nie pamiętam, czy ekrany były tu wcześniej, ale wiem już, że gumki do włosów w kieszeni spodni widać na prześwietleniu ;)
Na lotnisku nic ciekawego, ale pod wejściem 102 dosiada się do mnie Ordinary Anne, lat 73, bardzo miła starsza pani, która leci do Polski z mężem, bo on lubi zwiedzać, a ona mu towarzyszy, choć tak naprawdę głównie czyta książki w pokoju hotelowym. Ucinamy sobie irlandzki czacik o życiu, bardzo miłe spotkanie.
Zanim zapakowałam się do samolotu, już się dowiedziałam, że Kochany pojechał do Swords i kupił trzy płyty Kasi Krzaczek po bardzo okazyjnej cenie :D
Wzięłam ze sobą czytnik, więc w trakcie lotu mogłam zacząć czytać Norwegian Wood Murakamiego (oczywiście w plecaku mam też niedokończonego Filonka). O czwartej, po niezbyt przyjemnych ostatnich km, ląduję we Wrocławiu. Na dole pogoda ładna (zaskoczenie po mocnych powiewach na górze). Z dużego miasta pojechaliśmy we trójkę na obiad do chińczyka. Spędziliśmy tam trochę czasu, rozpoznały mnie z tej okazji dwie osoby, była uczennica i jedna z mam zaangażowanych.
Po obiedzie zjazd na wieś. Witam się z Maciejem. Witam się z całą resztą. Robię zdjęcia śliwce Kaczyńskiego (kwitnie). Robię kawę dla tatki i dla siebie, rozkładam się z ciastem przed tv (płaroty, siesaje nowojorskie). Potem herbaty i herbaty, nie robimy oficjalnej kolacji. Coś tam w międzyczasie drzemię, oczywiście rozmawiam kilka razy z Kochanym.
Czyli chaos. Nie chce mi się pisać, nie chce mi się myć zębów, ale za to coś bym jeszcze poczytała. Ene due ...



Nikt, kto nie wpada do Polski, jak z pokrywką po ogień nie rozumie zawieszenia, że u siebie, ale nie bardzo, że język się zgadza, ale w tamtym jesteś bardziej zrozumiana…
OdpowiedzUsuń@Dreamu, migracja oznacza życie w dwóch światach jednocześnie, po jakimś czasie staje się również jasne, że nie należymy na 100% do żadnego z nich. Ale to w sumie jest odkrycie trywialne. Nigdy nie jesteśmy na 100% z Polski, reszta rodaków zawsze się od nas czymś różni. Przesadzamy z identyfikacją z Polską, często pomijając realny wpływ na nasze życie naszych matczyzn lokalnych (regionu, wsi, rodziny).
UsuńPopełniłam ten błąd, że odcięłam się od korzeni, trochę z własnej winy, trochę dlatego, że moja mama wyjechała z mojego rodzinnego miasta. Szybko zapuszczałam korzenie na wyspie nad Bałtykiem, ale to nie jest to samo. Najlepiej czuję się w Wielkopolsce, dam mieszkali moi dziadkowie, tam teraz mieszka nasza córka. I gdyby mnie dzisiaj zapytać gdzie chciałabym mieszkać, to chyba tam. Ale tak serio, świat jest moim domem, gdzie się pojawiam, tam go sobie mam. Za oceanem też było mi dobrze, mimo, że ‚nie znalazłam’ drogi do polskiej dzielnicy. Tu wpadam czasem do polskiego sklepu po twaróg i ogórki kiszone. Resztę kupuję w pobliskich marketach i delikatesach. Identyfikuję się raczej z ludźmi niż z krajem (mój dziadek przewraca się w grobie).
Usuń@dreamu, z tymi korzeniami to jest różnie. Czasami ludzie odcinają się, potem zapominają część faktów i za cholerę nie chce im się przypomnieć, dlaczego się odcięli - pamięć wraca dopiero, gdy podejmuje się nieodwracalne decyzje o powrocie i ramiona rodziny otwierają się szeroko ;)
Usuń