Dwa razy spotkałam dzisiaj Ivę (sąsiadka jeździ do miasta i wraca z niego z pełnymi torbichami, podobno zrobiła dwie rundki), więc i było rozmawianie. Ot, taki tam small talk, nic pewnego, więc słucham, kiwam głową (ale, że jej siostrzeniec zginął w wypadku spowodowanym przez ojca-kokainistę, to faktycznie przykre).
W biurze siedziałam sama, obeszło się bez wydarzeń, jeśli nie wspomnieć, że skończyłam czytać Wyspę daltonistów i wyspę sagowców Sacksa (Zysk i s-ka, 2011). W ciągu dnia kilkakrotnie kontaktowałam się z Kochanym, który mi zdawał relacje, a to ze stanu fryzury, a to z miejsca zakwaterowania i podróży.
Pogoda dziwna, w ciągu dnia przyplątała się burza, niemocna, ledwo kapiąca, która lekko zwilżyła miasto i zostawiła je śmierdzącym. Miałam na sobie kurtkę przeciwdeszczową i w tym niedeszczu chodziłam po sklepach z kamieniem z góry Brandona w kieszeni (oraz z kolczykiem tylko w prawym uchu, bo drugi nie chciał się rano założyć).
Na razie jeszcze się nie pakuję, sprawdzam prognozy i napawam się pojedynczością. Obejrzałam starotkę, Czy Lucyna to dziewczyna (1934). Obrońców 33 wygląda w nim, jakby budynek stał na pustyni (chętnie przejdę się tą ulicą, gdy następnym razem będę w Wawie). Pędź, pędź, mój sokole, ja tu poczekam na dole, rzekła Ćwiklińska (aktorzy musieli mieć niezły ubaw, kiedy to nagrywali).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.