Strony

piątek, 22 sierpnia 2025

2075. Ostatnia rozmowa ...


... kwalifikacyjna była stratą czasu (ktoś inny dostanie propozycję); przy okazji schodząc z górki zauważyłam młodą mewę i zaczęłam się w swojej chorej głowie zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest ta mewa, nieszczęśnik sprzed tygodnia. Żwawa, żebrząca, nie fruwa, ale jak najbardziej używa dźwięków. Pomyślałam sobie: cudnie, przeżyła, uprawia zbieractwo, zakręciłam więc na wysokości kościoła i weszłam do ukraińskiej kawiarni. Kupiłam sausage rolls, trzy, jedną rzuciłam mewie, resztę zabrałam ze sobą. Zapewne nie jest to ta sama mewa, ale chciałam mieć pozytywne zakończenie historii, że ptak żyje sobie na górce i chodzi po zielonej trawce, czyli świat nie jest taki zły (zdjęcie jest z momentu wchodzenia; lubię pracownicze spacery, głównie dlatego, że na razie nie pada, a przechadzka przez zieloną część miasta działa na mnie medytacyjnie).

Wczoraj w Babci zaczęły piszczeć hamulce; Kochany spał dłużej, potem wyjechał do El Paso, zapytać mechanika co to takiego i za ile. Samochód będzie naprawiany jutro, może szybko i może niedrogo; na razie po pracy podeszłam do parkingu przy dworcu autobusowym i od razu pojechaliśmy do domu, pomni, że trzeba się ogarnąć przed spotkaniem z Ka&Jot. 

Przed spotkaniem wyszliśmy też do ogródka z myszami. I tutaj osiąg: Mania dwa razy wykonała numer ze skakaniem na murek oddzielający nas od sąsiadów. Zrobiła to dokładnie tak, jak Rysio. Bez treningu, bez nieudanych prób. 

Pogoda marzenie; wprawdzie rano chłodno, ale w południe słonecznie, a później przyjemna, nieco duszna szara cisza (aura przypomina mi jesienne popołudnia w Polsce). Zajechaliśmy do centrum od mańki, bo i tutaj korkowa wścieklizna (wyszłam z samochodu za zakrętem, żeby poinformować przyjaciół czekających w suszarni, że Kochany nadal szuka miejsca parkingowego).


Stół zarezerwowany na sześć osób, czworo dorosłych i drobnica (wizyta w restauracji była z okazji rozpoczęcia nowego etapu szkolnego przez Seamusa); każdy zamówił, co sobie wymarzył, objedliśmy się, docisnęliśmy deserem, super było. Po wyjściu z suszarni rozdzieliliśmy się na chwilę (każda grupka szła do samochodu zaparkowanego w innej części miasta), żeby spotkać się jeszcze raz, u przyjaciół na herbacie. Pożyczyłam od Jot najmniejsze szydełko (może coś wyjdzie z naprawy Fredowego T-Shirta) i do domu, z Marillionem w głośnikach. Hamulce jakoś nie skrzypią. Ale czas na nie. 

10 komentarzy:

  1. A na stole widzę cos pysznego. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tą aurą to tak przykrawo nieco. Dzisiaj na spacerze dotarło do mnie, że jesień tuż, tuż i czuć to w przyrodzie. Bardzo źle znoszę jesień, moją ulubioną porą roku jest wiosna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @FrauBe, każdy sezon ma swoje przyjemności. Powoli kończy się czas dłuższych spacerów, albo przynajmniej już trzeba będzie się ubrać porządniej (mój lniany płaszcz zostanie odwieszony do następnego roku). Jesienią mam urodziny, więc ta pora roku zdecydowanie dobrze się mi kojarzy :)

      Usuń
    2. @FrauBe, płaszcz jest lniany, czyli jest letni. Poza tym zakładam go wtedy, gdy ma to sens (czasami ten płaszcz był nie dość ciepły, wtedy zakładałam ramoneskę).

      Usuń
  3. Ja lubię taką pogodę, nie za gorąco ale akurat na spacer, rower. A nowy rok szkolny zaczyna się u Ciebie we wrześniu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Tomku, w Irlandii rok szkolny zaczyna się różnie (już w tym tygodniu młodzież miała jakieś spotkania). Ale słabo się orientuję, bo nie mam dzieci, sama też nie pracuję w szkole powszechnej :)

      Usuń
  4. Miałem napisać wcześniej, ale wyleciało mi z głowy - selfie takiego rodzaju, jak na górze to jedyne, jakie robię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariuszu, robię takie coś z myślą o blogowisku, bo facjaty to wiadomo, tylko dla znajomych na FB :D

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.