Znowu przespałam noc bez przerw, włączył mi się śpioch jesienny; trudno było strząsnąć z siebie wychłodzenie i zmęczenie. Rano zaś Mania zamieniła się w lisi kołnierz i po śniadaniu usiłowała drzemać mi na ramionach, gdy siedziałam przy laptopie.
W pracy poczucie mocy.
Po powrocie do domu najpierw tropienie sików — niestety, tak jak cały czas miałam z tyłu głowy, nieusunięte z niskiego poziomu książki też zostały kiedyś tam olane, sprzątanie zajęło mi trochę czasu, układanie książek podług rozumu zostawiam sobie na weekend.
Z rzeczy miłych: jeszcze w czasie pracy przeglądałam stare zdjęcia Rysia, albowiem gdyż, Fredowy znajomy zgodził się zrobić obrazek, który może wstawimy do ogródka. Obraz na drewnie już jest gotowy, lakier schnie w pałacowej łazience przy pokoiku na poddaszu.
Zaraz przejrzę po raz kolejny zdjęcia z minionego urlopu. Zerknę czy wróciła sąsiadka; prysznic, herbata, może książka Fossego.
___
edit 22:05 rzeczywiście, zaszłam do Anne, bez bielizny podspodniej, gdyż już byłam gotowa do lotu pod kocyk; oddałam kabelek od telefonu, wypytałam o chrupki; wymieniłyśmy się poglądami kocimi i tak sobie stałyśmy w ciepłej ciemności, że aż Katlin dołączyła na moment (biedna ona, nie jest lepiej, wymiotuje, chudnie); dobrze mieć sąsiada. Rozmawiałam też przed chwilą z moim pałacowym mężem: tam, gdzie jest, nic się nie zmienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.