Poniedziałek
Po pracy jedziemy zajrzeć do Woodiesa, ale nie kupujemy tego, co chcemy (liście zmieniają barwy, opadają, walają się pod nogami; zawsze było mi tego mało w Irlandii, to teraz mam). Coś znowu jest mi nieswojo, czuję wychłodzenie, więc od razu po smacznym obiedzie wskoczyłam pod prysznic i pod kołderkę (może nie tak natychmiast, bo jeszcze rozmawiałam z mamą o wełnianych butach zostawionych w Polsce, ale przed ósmą już wygodnie leżałam w sypialni). Jakbym wcześnie się nie układała, sen i tak dopiero po dziesiątej.
Wtorek
Podporządkowany pracy i pakowaniu. Coraz bardziej myślę, a co w piątek? A co jeśli zgubię, zapomnę? W pracy zaś nie pamiętam, żeby schować swój polski łeb, próbuję robić za dużo, za szybko odpowiadam na maile, za bardzo się staram. Dość tego, basta! Zwolnić trza, łazić leniwie. Na dworze jeszcze jesienniej niż wczoraj, i patrzta państwo, wrzesień się skończył:
Myjąc kuchenkę (ledwo ciapu ciap po wierzchu, oczywiście), obejrzałam starą kobrę z Gajosem i Raksą, Toccatę (1971). W końcu wzięłam się za ściąganie aplikacji do kamerki, którą chcemy umieścić w kuchni.
Środa
W pracy, zdecydowanie dzień świra. Z jednej strony papiery, z drugiej strony papiery źle przez kogoś wypełnione, z trzeciej inne jeszcze rozważania natury egzystencjalnej. Puściłam grupę z popołudniowych zajęć, w nadziei, że będę miała więcej czasu — czasu było dokładnie tak samo za mało. Na dodatek ziąb, oraz szwankujące ogrzewanie, ból głowy i palpitacje. Kochany przyjechał w momencie, gdy byłam gotowa rzucić to wszystko. Pojechaliśmy zrobić drobne zakupy spożywcze, przy okazji poszliśmy na kawę do Costy.
W domu, zamiast wziąć się za coś praktycznego, spędziliśmy trochę czasu z myszami w ogródku. Czyli usiadłam z herbatą dobrze po szóstej, wypchana pączkiem i czipsami ziemniaczanymi. Zamiast obiadu (czipsy działają), zawiesiny: Kochany zawiesił nową roletę na miejsce starej, obgryzionej przez młodzież w czasie nocnych zabaw. Rozmowa z mamą, znowu temat butów. Co jeszcze posprzątać? Nie wiem, nie chce mi się. Co spakować, bo nie spakowane? W osiedlowej ciemności zaszłam do Anne, zaprosiłam ją na jutro wieczór. Obiadokolacja: robaki i łosoś na ciepło (posiłek właśnie skwierczy na patelni).

no trochę się dzieje
OdpowiedzUsuń@Aga Agra, faktycznie, u mnie tak.
UsuńKocięta bardzo fotogeniczne!
OdpowiedzUsuń@BBM, wiadomo, śliczne i mądre (przynajmniej jedna ;)).
Usuńjak to jedna?? Maniusia jest piękna i mądra również !!😀
Usuńi miałam zapytać o tatuaż że masz zajebisty...
@Teatralna, na swój sposób: jedzie na urodzie, jak orzekła Anne :D
UsuńNie mój, sąsiadki właśnie, tatuaż na cześć zmarłego kota.
O, a ta ręka z tatuażem to Twoja? :-)
OdpowiedzUsuń@Aśka, nie ;)
Usuń