Jednoeurówki, pięćdzięsięcio- i dwudziestocentówka przeniosły mnie na chwilę do Hiszpani. Jednak na przystanku odczuwalna temperatura była bliska zeru :)
Dzień porażająco wzorowy: naprawiono mi światło w biurze, frekwencja idealna, w kawiarni niespodziewanie kawa za darmo, na dodatek będę miała nowego pracownika. Objaśniam i bryluję. Oczywiście pod koniec nie było już tak różowo, ale aż strach się bać, jeśli jutro napotkam jakieś trudności, bo człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego.
Kochany podjechał naszą błękitną strzałą niedaleczko, pakuję się do środka i lecimy zajrzeć do sklepu zoologicznego w celu oglądania kocich kontenerków. Przy okazji pączucie z Lidla i kawa z Costy. Przez to wszystko, gdy wjechaliśmy do wsi, nad wybrzeżem zapadł już zmrok. Reszta dnia typowa, obiad i dyskusje; kręcę się ostrożnie, bo mnie od rana coś w krzyżu łupie (zapewne nieergonomiczne pozycje podczas czytania, tylko jak siedzieć "normalnie" z moim esem floresem?).
Oby po tak takim fajnym dniu nie było krachu 😀
OdpowiedzUsuń@Tomku, właśnie, zawsze obawiam się takich sytuacji, gdy jest za miluchno. Ale cóż, trzeba iść do przodu :)
UsuńPączusie z Lidla? To chyba syf... Chyba, powiadam, bo pewności nie mam, nie jadam pączusiów żadnych. Ale tak mi się widzi, że w Lidlu to nie za fajne wyroby ciastkarskie są i naszpikowane chemią.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, bardzo nam smakowały, zjedliśmy po dwa :)
Usuń