Piątek
Moje Kochanie było przekonane, że dzisiaj ma wolne, złudzenie prysło dopiero w porze czwartkowowieczornej. W ciągu dnia kręcę się po domu, słucham Woydyłło, ale bez przekonania, najbardziej to jutram. Rozmawiam z mamą (pogoda w Polsce bardzo ciepła), odbieram od niej zdjęcie grobu prababci Antoniny (pokrzepia mnie, że data jest taka jak trzeba, prababcia rzeczywiście była 10 lat starsza od pradziadka, znaleziony akt urodzenia naprawdę należy do niej). Z Kochanym obejrzeliśmy do końca Rękopis znaleziony w Saragossie (1965) Hasa; jest moc, fakticznie. W Browsku pada, zwierząt brak, liście lecą z drzew :)
Sobota
Śniadanie i słuchanka. W południe ukończyłam nareszcie Woydyłło i zaczęłam czytać Baltazara, autobiografię Mrożka. Odjaniepawlając chwilowo boginię ogniska domowego mężowi z pracy powróconemu zaserwowałam dzisiaj frytki, piersi kurze, smażone oraz pieczarki faszerowane. Za oknem nadal szaro. Podobno na niebieskiej plaży (wieki tam nie byliśmy) wylądowało stado łabędzi z Islandii, naprawdę wielkie, na oko ponad sto osobników. To co tam w Browsku? Tylko trzy jeleniowate.
Niedziela
Śniadanie identyczne jak wczoraj (ciągnie mnie do tuńczyka wymieszanego z jajkiem i pomidorem). Szarość identyczna. Odkładam przygotowywanie się na jutro, aż w końcu biorę się za te tabelki i logiczne myślenie, co mi zazwyczaj idzie nieźle. Przed siódmą (jestem po prysznicu, Kochany jest po obiedzie) skończyłam czytać Baltazara Mrożka (Noir Sur Blanc, 2024). Okokonienie zaowocowało trojaczkiem blogowym. Taka to widocznie listopadowa konieczność.
U mnie 1 i 2 (a nawet 3) dość mocno wiało.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, takie odnosiłam wrażenie, że z boku mapy raczej pizga ;)
Usuń