Rankiem papatki z Kochanym, który wyjeżdżał nieco wcześniej, żeby przed pracą usiąść przy kawie. Kręcę się po mieszkaniu, śniadanie, natłok myśli i niespodziewany wybór lektury (chcę czegoś słuchać, gdy zajmuję się drobnymi sprawami, myciem kuchenki i części łazienki) — audiobook Boska komedia Dantego. Dobra, jakoś to zmogę ;) Zmogę też potyczki z drutami (było pierwsze prucie, mam swoje przemyślenia). A Certain Justice (1998), ostatnią odsłonę Dalgliesha z Marsdenem, obejrzałam rozwleczoną na kilka godzin późnopopołudniowych.
Po obiadokolacji zadzwoniłam do rodziców, rozmawialiśmy, ot, znowu zmartwienie się rozlało: Bronuś był u weterynarza, ma dramatyczne wyniki krwi, test Felv ag wyszedł mu niestety pozytywny. Nie wiadomo do końca, co to znaczy, w sensie, czy to już, czy kotek z tego wyjdzie; mama napisała emilka do kliniki, czeka na odpowiedź, jeszcze będą szukali nadziei. Poza tym w lesie zimno, -10 (°C). A do pracy trzeba jutro wyjść, dojechać, coś tam zrobić.
Mam podobne odczucia, coś tam jutro trzeba, ale mi się nie chce. Słabo odpoczęłam przez weekend, pierwszy tydzień zagęszczenia po dłuższym okresie wolnego dał mi po głowie; mam mało cierpliwości, nie empatyzuję. Od rana przelatuje nad nami, mrówkami, silny wiatr z zachodu. Gosia ze Szkocji zrobiła kolejny haul zakupowy, patrzyłam na to z Bronią drzemiącą na kolanach ... zasmuciły mnie kocie wieści z domu rodzinnego ... na czymś więc trzeba się skupić. Kochany kupił zestaw trzech garnków łatwo mieszczących się tam, gdzie nic się nie mieści (super). Wirtualnie zaczęłam przestawiać meble w Kuchniosalonie, na zasadzie jak to pójdzie tam, będzie można tamto przestawić tu. Może poszukam nowej sofy. Może coś napiszę. Może wrócę do Enright na dwa-trzy rozdziały. Zawijam się w kokon.










