Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2026

2217. Zmęczenia i smutki.

Rankiem papatki z Kochanym, który wyjeżdżał nieco wcześniej, żeby przed pracą usiąść przy kawie. Kręcę się po mieszkaniu, śniadanie, natłok myśli i niespodziewany wybór lektury (chcę czegoś słuchać, gdy zajmuję się drobnymi sprawami, myciem kuchenki i części łazienki) — audiobook Boska komedia Dantego. Dobra, jakoś to zmogę ;) Zmogę też potyczki z drutami (było pierwsze prucie, mam swoje przemyślenia). A Certain Justice (1998), ostatnią odsłonę Dalgliesha z Marsdenem, obejrzałam rozwleczoną na kilka godzin późnopopołudniowych.

Po obiadokolacji zadzwoniłam do rodziców, rozmawialiśmy, ot, znowu zmartwienie się rozlało: Bronuś był u weterynarza, ma dramatyczne wyniki krwi, test Felv ag wyszedł mu niestety pozytywny. Nie wiadomo do końca, co to znaczy, w sensie, czy to już, czy kotek z tego wyjdzie; mama napisała emilka do kliniki, czeka na odpowiedź, jeszcze będą szukali nadziei. Poza tym w lesie zimno, -10 (°C). A do pracy trzeba jutro wyjść, dojechać, coś tam zrobić.

Mam podobne odczucia, coś tam jutro trzeba, ale mi się nie chce. Słabo odpoczęłam przez weekend, pierwszy tydzień zagęszczenia po dłuższym okresie wolnego dał mi po głowie; mam mało cierpliwości, nie empatyzuję. Od rana przelatuje nad nami, mrówkami, silny wiatr z zachodu. Gosia ze Szkocji zrobiła kolejny haul zakupowy, patrzyłam na to z Bronią drzemiącą na kolanach ... zasmuciły mnie kocie wieści z domu rodzinnego ... na czymś więc trzeba się skupić. Kochany kupił zestaw trzech garnków łatwo mieszczących się tam, gdzie nic się nie mieści (super). Wirtualnie zaczęłam przestawiać meble w Kuchniosalonie, na zasadzie jak to pójdzie tam, będzie można tamto przestawić tu. Może poszukam nowej sofy. Może coś napiszę. Może wrócę do Enright na dwa-trzy rozdziały. Zawijam się w kokon.

środa, 18 czerwca 2025

2010. Korekta puci oraz leń patentowany.

Z braku laku rano siedząc w biurze zarejestrowałam mikroczipy Mleczaków, przy okazji musiałam zmyślić ich daty urodzenia w oparciu o szacunki pierwszego weterynarza. 18 kwietnia i 23 kwietnia. Bo dlaczego nie. W Białych zębach zostało mi jakieś 70 stron. Cisza dzwoni w uszach, oraz dwa telefony (chwilę rozmawiałam z gościem od DA, wpadła Aszling). 

Po zamknięciu biura przeszłam się do weterynarza, Kochany już czekał z Mleczakami. I teraz uwaga, gdyż rewelacja. Jak wiemy są dwie pucie :] no i właśnie się okazało, że w schronisku coś pokręcili, bo Bronek to fakticznie jest Bronka (Mańka od razu wiedziała, ale co tam; na karcie zdrowia dopisałam nowe imię, ale pierwszej wersji nie przekreśliłam, na wypadek, gdyby przy kolejnej wizycie opis rzeczywistości znowu się zmienił). 

Po powrocie do domu Kochany zrobił obiad. Zjedliśmy. Zadzwoniłam do tatki, podzielić się informacją o Bronce (był zmęczony, upały nie są miłe). Fred dokończył koszenie trawy z tyłu domu. Wyszłam kupić lody w wafelku w sklepie za rogiem (w następnym roku chyba już nie będzie okazji — miejsce jest do sprzedaży, właścicielka wygląda źle ... za to Bán całkiem dobrze, rozłożony w drzwiach w charakterze chodnika).

Poszliśmy nad morze, bo przecież ciepło, bo lato.


Wyrzut sałaty nie jest niczym nadzwyczajnym o tej porze. Minęliśmy grupkę ćwiczącą jogę, powrót był przez caravan park. A teraz jestem padnięta. Ablucja była, siedzę w sypialni pełna pepsi coli, bez majtek, z gołymi nogami, podrapanymi, i klikam. O matko, jak mi się nic nie chce, nogi założyłabym na sufit, takiego mam lenia. 

wtorek, 17 czerwca 2025

2009. Zaduch / niepokoje / jednak nogi idą.

Pod pewnymi względami dzień trudny: w pracy siedziałam sama, głucho, nudno, nawet wścibska współpracowniczka nie wpadła sprawdzić, czy biuro otwarte. Liczyłam godziny do wyjścia z tym większym napięciem, że Mleczaki pierwszy raz zostały same na tak długo (oboje musieliśmy być poza domem do piątej → trzeba było pominąć dwa małe posiłki, poza tym maluchy już się rozbrykały, włażą na parapety i biegają jak pershingi, o nieszczęście łatwo = dodatkowy stresor dla przewrażliwionych opiekunów).

W ramach rozruchu, z centrum miasta poszłam na peryferie, do Kochanego, potem już tylko w Babcię i do domu. Po obiedzie rozmawiałam z mamą. Wieczorem wyszłam z małżonkiem na spacer nad morze; część ekskursji odbyła się przy akompaniamencie rozmowy Freda ze Stu; szwagier objaśniał postępy w temacie zmian życiowych (powoli odwraca mu się na dobre). Pogoda bardzo specyficzna, nad wybrzeżem przez cały dzień unosił się burzowy zaduch (po konsultacji z pogodynką rano wzięłam nawet kurtkę przeciwdeszczową, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie niepotrzebnie). 

Wróciliśmy ze spaceru po dziewiątej (na plaży morska sałata oraz ostrzeżenie, że woda może być nie ten teges, gdyż w oczyszczalni było małe ziaziu). Aktualną lekturę zostawiłam w pracy, intencjonalnie, bo już wybiegam myślą do Gorzko, gorzko. Nóg nie czuję; herbata i inne przyjemności; Mleczaki tłuką się pod biurkiem.

poniedziałek, 16 czerwca 2025

2008. Znaleźć rytm.

Antycypując poniedziałek siedzący, rano po herbacie wyszłam na energiczny spacer. Spokój, cisza, morze plumka, tylko jedna osoba przecięła mi trasę; wróciłam przed siódmą, zdążyłam zjeść śniadanie i zrobić wszystko, co było do zrobienia.

W pracy, o dziwo, coś jednak trzeba było odhaczyć. Ale miałam też czas na dokończenie Poezji wybranej Różewicza (Wyd. Literackie, 2008) i kontynuowanie Smith.

Powrót do domu (Kochany podjeżdża błękitną strzałą), obiad (spaghetti, mąż przygotował sos), po czym ... pojechaliśmy do Drołdy na kawę w Czarnej. Fred zaparkował pod białym domkiem, więc mogliśmy przejść spokojnym krokiem przez kawałek centrum miasta. 

Powrót do domu po raz drugi; weszłam tylko na chwilę, żeby zmienić buty i na spacer nr 2 nad morze, tym razem z Kochanym.

Co u Mleczaków? Od rana do wieczora urocze:

niedziela, 15 czerwca 2025

2007. Życie domowe.

Drugi odcinek deserowego czerwca obejrzałam ze słuchawkami na uszach, żeby nie budzić Mleczaków :D (filmik zawiera political statement, które nawet do mnie przemawia).

Poza tym życie domowe. Z kamieni milowych: Mańka śpi na widoku, do tego rozwinięta na wzdłuż, Bronek zaś zaczął eksplorować duży drapak, siedząc tak na nim zauważył ptaffki i zaczął "szczebiotać" oraz odkrył, że z krzesła mamusi dobrze przechodzi się na stół, gdzie można pisać na klawiaturze (pierwsze złamanie hasła do laptopa jeszcze nie wyszło, ale myślę, że to kwestia czasu).



Zapytałam Anne, czy chce wpaść na oglądanie Mleczaków. Oczywiście, że chciała. Porozmawiałyśmy z godzinę, Mleczaki, jeden po drugim, zostały wytulane przez ciocię. 

Gdy Kochany wrócił z pracy, mieliśmy inspekcję: imigrant przyszedł, wlazł na okno kuchenne i miauczał, czy ktoś tam potrzebuje pomocy. Zdarzyło się to pierwszy raz, bardzo ciekawe. Odprowadziłam go do domu, ale za chwilę wrócił.


Po obiedzie poszłam sama na plażę. Spokojny, ciepły wieczór, powietrze pełne gęstych, czasami egzotycznych zapachów (u sąsiadów kwitną kordyliny); mało ludzi, jakby wymiotło ich do oglądania meczów (aż sprawdziłam, czy znowu jestem niedoinformowana; chyba nie).


Kochany rozmawiał z Perlistym, jak zwykle uaktualnienia, co tam w Niemczech, co tam w życiu. Powoli pora zwijać dzień, jeszcze ptasie rodziny opowiadają coś przed snem.

sobota, 14 czerwca 2025

2006. Postępy.

Poranek był jedną wielką niewiadomą, a za tapczanem zrzucony Fosse — to Mania wieczorem gnieździła się na najniższej półce z książkami; dobry gust. Zastanawianie się jak będzie ze śniadaniem nie trwało długo: gdy tylko Kochany wyszedł do pracy, nałożyłam mleczakom do osobnych miseczek, Bronek zgłosił się pierwszy, Mani musiałam trochę pomóc, ale gdy postawiłam ją przy szamie, nie było Maniowego wahania; koteczka wylizała wszystko do czysta oraz zjadła chrupki braciszka (wczolaj mi podjadłęś). Były próby zabawy, Mania dalej syczała i prychała, chodziła nastroszona z ogonkiem zwiniętym w kameleona, jednak cały czas była zainteresowana. Po zabawie drzemka, Bronek na widoku, Mania zmienia schowanka, ale powoli penetruje cały Kuchniosalon. Obserwowanie tych małych gnojków to czysta przyjemność.

Kochany wszedł do domu rozmawiając z Usz. Kotów okazanie było oczywiście. Zadzwoniłam do rodziców (oglądali jak maluchy się tłuką po dobrym obiedzie). Późnym wieczorem jeszcze rozmowa ze świekrą, również o kotach.

Do wieczora Mania zrobiła ogromne postępy. Po czwartym posiłku (Fred przyniósł fancy food marki Royal Canin dla mleczaków do 4 mies.) najpierw rozbrykała się z Bronkiem, a potem długo siedziała mi na kolanach. Myślę, że musiała stracić mamę kilka dni temu, nadal szuka wsparcia, chce ciumkać różne rzeczy. Bronek zaś jest synkiem mamusi; sam przyszedł się prosić o wzięcie na kolana, a gdy weszłam na chwilę do Kuchniosalonu przed snem, maluch właśnie zapadał w sen na moim fotelu.

Coś nie o kotach? Lało cały dzień. Trawnik nie jest skoszony i nagle proszę: wpadł do nas szczygieł na nasiona mleczu. 

Patrzenie na koty zmienia perspektywę. Szwagierka rzekła, że od czasu kocieżyństwa inaczej zaczęła postrzegać różne wiszące rzeczy powiewające na wietrze. Wiem, co miała na myśli. A jest się czym martwić w skali makro. Izrael-Iran; zamachy wcale nie muzułmańskie na polityków w tzw. demokratycznych Stanach Zjednoczonych; napierdalanki rasistów w Ballymenie.

piątek, 13 czerwca 2025

2005. Kocieżyństwo.

To nie to, co planowaliśmy. Wczoraj rozmawiałam telefonicznie ze schroniskiem, powiedziano mi, że dwójka rodzeństwa, które widzieliśmy w weekend, jest nadal do adopcji. Dzisiaj, przed otwarciem schroniska zadzwoniła inna osoba z informacją, że kot jest tylko jeden, bo się wczoraj inna pani myliła. Kochany zabrał mnie spod pracy. Wzięliśmy tego niby nieśmiałka, a z boksu obok łypała na nas samotna dziewczynka w podobnym wieku. I trudno, wpłaciliśmy kasę, podpisaliśmy papiery, włożyliśmy do jednego transportera koty, które się nie znają i w drogę. Proszę bardzo, Bronek i Mania:

Po drodze skręciliśmy jeszcze do Maxi Zoo, żeby zakupić drapak, żwirek i inne przydasie i "zaoszczędzić" 20%. Pomógł nam David, dawny chef, teraz pomagacz w sklepie zoologicznym.

Czarno biały maluch (trochę jaśniejszy niż ten poprzedni, ale nadal tuxedo, z potrójnego miotu, ostatni do wzięcia) dość szybko wyszedł z transporterka. Zaczął biegać za "myszą", zjadł obiadek, zakopał skarby w żwirku i chciał się zaprzyjaźnić z koleżanką.

Koleżanka (trikolorka, może być trochę starsza, też z potrójnego miotu znalezionego w rowie, podobno najmniej dzika z całej paczki, zaszczepiona dzisiaj rano) po spokojnej podróży wtulonej w nowo poznanego kolegę, najpierw spędziła dwie godziny w transporterku, potem znalazła sobie cichą norkę za tapczanem. Zaprzyjaźnienie zajmie trochę czasu :) Mania do wieczoru nic nie jadła, udało mi się jedynie namówić ją do zaanektowania budki, więc koty śpią osobno.


Obiad. 

Kochany, wyczerpany przygodami poszedł się przespać. Wieczorem zaszłam do Anne na herbatę, rozmawialiśmy o kotach oczywiście, sąsiadka jest ekspertką w temacie, obecnie ma na tymczasie dwoje ukraińskich imigrantów. Wypiłyśmy herbatę wiśniową, dostałam nalepkę na samochód #CatsMatter.

Mały obudził się i zawłaszczał przestrzeń, Mania nadal odsypiała schowana za kotarką, mnie łeb zaczynał pękać. To teraz będziem mieli żłobek (dopiero ok. dziewiątej trikolorka zjadła chrupeczki podstawione pod nos w jej domku-twierdzy; z rzeczy pięknych: po wielu podchodach ładna kupa Maniowa).