Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bowie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2025

2176. Nostalgiczny początek grudnia.

Spotkaliśmy się z Kochanym po południu w Bootsie. Nie było tego, co by sobie mąż życzył, ale mogliśmy zamówić (przydasie Brauna będą do odebrania w sklepie). Oczywiście Czarna, fotele przy oknie, a potem meksykańskie miejsce. Tego drugiego nie planowałam; gdy tak sobie siedzieliśmy i zapadał zmrok, pomyślałam, że byłoby miło coś skąsić i w domu już tylko leżakować (to był bardzo dobry pomysł, nie żałuję ani centa). Przeszliśmy się więc po mieście tu i tam; neony mrugały, pustostany zionęły putką*, mżyło. 

W domu okazało się, że był pan Mikołaj, podobno zarośnięty i ubrany na zielono, czyli Irlandczyk, albo daltonista. Przyniósł mi: czarną kurtkę-pilotkę (Costume National), apaszkę w biało-czarną kratę (Fred Perry) i mitenki od Garretta, tym razem pomarańczowe z motywem kwiatów (McKernan, mam już jedną parę w identycznym stylu, tylko różowe, i nieco cieńsze).

Reszta wieczoru spokojna. Trawimy. Prawie godzinę rozmawiałam z mamą, wymiana myśli niby błahych, ale dla mnie ważnych. Potem koty się głaszcze, muzyki się słucha — płyta Bowiego Space Oddity wydała mi się dzisiaj niesamowicie nostalgiczna → Conversation Piece.

Ach, zdobyczna Masłowska czeka pod lampą, obok Rysia. 

* coś się ostatnio sporo miejsc pozamykało. Dunnes zniknął na dobre z głównej ulicy jeszcze w Halloween, a w minionym weekendzie po raz ostatni otworzyły swoje podwoje sklep elektroniczny McAllistera oraz Justin, rzeźnik rodzinny. Bardzo dziwna sytuacja z Justinem, z którym zawsze miło było zamienić kilka słów o pogodzie.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Postscriptum #1587.

O czym to ja miałam? O wczorajszym koncercie w TLT. Cieszę się, że poszliśmy, chociaż dwie godziny przed wydarzeniem wcale a wcale nie chciało mi się wychodzić z domu. Siedzieliśmy na skraju trzeciego rzędu siedzeń wielopoziomowych (pewnie następnym razem wolałabym coś bliżej środka, ale pierwszy raz byliśmy w tym miejscu). Postmodern Jukebox to zespół, który najpierw był projektem na youtube — wykonywano na nim covery znanych przebojów w stylach retro (ragtime, swing, bepop, motown i in.). Trochę szkoda, że z plakatu nie bardzo można było się dowiedzieć, kto będzie występował, autorzy projektu są bardziej zainteresowani w promowaniu PMJ, a nie konkretnych osób, tych zaś przewija się dziesiątki, wszyscy zaś niesamowicie utalentowani. Stąd dopiero serfując w necie dowiedziałam się, że na perkusji i przeszkadzajkach grał Jack Amblin, a stepowała Demi Remick (z oddali kojarzyła się mi z młodziutką Lizą Minnelli). Wrażenie zrobiła Sarah Potenza o silnym, aksamitnym głosie, ale przede wszystkim Ashley Campbell śpiewając covery Bowiego (Life on Mars?) i the Smiths (There Is A Light That Never Goes Out).


Warto było :)

wtorek, 2 stycznia 2024

1478. Dzień drugi.

Padało większość dnia. Kochany wcześnie rano wyjechał do pracy. Skorzystałam po całości z czasu wolnego, tyle, że to u mnie oznacza także marazm i jedzenie zbyt duże ilości słodyczy. Kontynuowałam słuchanie Rozmyślań (księgi IV-VII) i czytanie ebooka (jeszcze w starym roku napoczęłam Tak działa mózg Joanny Podgórskiej). Znalazłam starą wersję Dalgliesha i obejrzałam pierwsze dwa odcinki adaptacji Cover Her Facer (brytyjski snuj z 1985, z rodzaju jaki lubię). Fred wrócił trochę wcześniej niż zapowiadał. Gdy tulałam się z mężem, zauważyłam Katlin kręcącą się przed domem, przywitałyśmy się, sąsiadka życzyła nam wszystkiego dobrego i oddała mikołajka, który jeździł z nimi na rajdzie jako dekoracja świąteczna. No to mamy ten 2024, wszystko wraca do normy, jedni sąsiedzi nadal dają w szyję (Majkel), inni już wrócili do pracy (Majk pojechał z transportem do Niemiec i wróci w piątek), deszcz pada, żyćko się kręci. Jutro wybywam pokazać się w Centrum. A na razie smażę naleśniki z resztek mleka i filozofuję.
___
edit 20:30 no proszę, ja nie wiem jak używając telefonu mogłam przez cały dzień nie zauważyć, że Saren mi odpisała iż w tym tygodniu nie muszę pojawiać się w Centrum wcale, bo wszyscy mają home office. Hm. Już ja znam ten ich home office :D No i git. Naleśniki nasmażone, ósma księga Rozmyślań wysłuchana.
___
edit 21:20 i sobie z Kochanym słuchaliśmy Tinę Turner i Annie Lennox śpiewających z Davidem Bowiem, i się wzruszaliśmy, bo tak (a ja jeszcze Madness, gdyż to dobry zespół jest).

środa, 1 lutego 2023

1143. Oh, you pretty things.

Ranek z Bowiem i jedną z jego lepszych płyt, Station to Station (1976).

... i tą pościelówę lubił Srogi Kris, rzekł Fred o ostatnim kawałku.
Srogi to był Fred, Kris był Jebnięty, rzekłam ja, bo swoje wiem.

Zadzwoniłam do tatki zapytać się jak tam Rozalka po wczorajszej sterylizacji. Kot na dobre rozpanoszył się w pokoju babci Mani, podobno bryka w kubraczku i sobie nie szkoduje. Space Oddity (1969). Pizza na obiad (bo były resztki cheddara do zużycia). Drugi dzień nie chce się mi wychodzić na dwór, cierpią przez to statystyki kroków, cierpi moja głowa nieprzewietrzona. Ale cóż, jakoś do przodu. Nawet ruszyłam zadania z kursu TT i tekst magisterki, odrobinę, ale zawsze to miło. Pomiędzy obejrzałam Midsomer, odc. 18.5, Święci i grzesznicy z Julią Sawalhą. Wiatr znowu duje. Fred pomachał mi z Banbridge snując marzenia o kupieniu przenośnego gazebo. Pewnie wróci w środku nocy i wypuści kota na spacer. Hunky Dory (1971). Ależ na ten wspólny z Fredem wyjazd za miesiąc się cieszę jak norka. 

środa, 24 marca 2021

463. Drobny, popołudniowy deszcz.

W pracy robię równania kwadratowe i się tym cieszę, kto by pomyślał. Gdy skończyłam swoją zmianę, rozpadało się za oknem, tak jak to kot wieszczył od rana. Kotu warto wierzyć, nawet, gdy początek dnia jest bezchmurny i rozśpiewany (świt wstaje już naprawdę wcześnie).

Fred wrócił z pracy w nocy, później niż oczekiwał. To było najprawdopodobniej jego ostatnie zlecenie w marcu, ponieważ dzisiaj anulowano mu jutrzejsze, a nowych propozycji na razie brak. Do świąt będzie więc siedział w domu ze swoją ulubioną żoną. Tymczasem po obiedzie Kochany poszedł odpocząć, a ja obejrzałam przedostatni odcinek Poirota, The Labours of Hercules (2013).

Po odpoczynku i kawie razem obejrzeliśmy Allena, bo gdy nie bardzo wiemy, na co filomowo mamy ochotę, Allen jest bardzo poręczny. Złote czasy radia (1987) sprawiły mi dużą przyjemność, sentymentalne, inteligentne kino z naprawdę dobrą Mią Farrow. Poza tym od kilku dni chodzi za mną piosenka All the Madmen Bowiego, więc w ciągu dnia wysłuchałam jej kilkakrotnie, razem z całą płytą z 1970 roku.

'Cause I'd rather stay here / With all the madmen / Than perish with the sad men roaming free / And I'd rather play here / With all the madmen / For I'm quite content they're all as sane as me.

Jeszcze wczoraj wieczorem Norbert napisał do mnie krótko, że on i Andrzej złapali covida. Mieliśmy dzisiaj pogadać, ale wiem tyle, że oboje czują się źle i nie ma sensu tego drążyć.

sobota, 12 września 2020

270. Zmiana planów.

Budzik odezwał się tak, jak się z nami umówił. Przewróciliśmy się na inne boki, żeby wstać po dziesiątej (z jakichś powodów oboje byliśmy równie wyczerpani, mnie z pewnością nie posłużyło kładzenie się spać po drugiej w nocy w dniach poprzednich). Za późno na drogę do Rock of Cashel, jest więc Belvedere House & Garden nad Lough Ennell w hrabstwie West Meath.









Wzięliśmy ze sobą wałówkę i ponieważ nie złożyło się jej zjeść w czasie spaceru (łaziliśmy od trzeciej prawie do siódmej wieczorem), mąż mój własny zawiózł nas nad inne jezioro niedaleko Mullingar, Lough Owel, w celu konsumpcji kanapek z kurzyną zagryzionych ogórkiem małosolnym i popicia ich wiśniową herbatą. Do domu wracaliśmy w gęstniejącym mroku, w towarzystwie doskonałego soundtracku w wykonaniu Rory'ego Gallaghera (jak leci, albumy studyjne i koncertowe), a na koniec Brodki z płyty Clashes (2016). Teraz dobijamy to Davidem Bowie z epoki The Man Who Sold the World (1970), bo tak się nam skojarzył, gdy oglądamy swoje zdjęcia w dziwacznych outfitach (u mnie prapremiera rocznicowego kapelutka, i odkurzone kraciaste trampki, znak, że jesień).

sobota, 25 stycznia 2020

38-39. Ostatni weekend stycznia.

Piątek.
Z rana zawitał do nas śliczny, czarny behemot wrzeszczący wniebogłosy. Rysio stropił się tą hałaśliwą znajomością — uciekł do domu i w sen. Anna poradziła, żeby czarnego polewać wodą. Wygląda na to, że wszyscy jesteśmy przeciwni tej nieodwzajemnionej miłości. Go home, babe. Na wizytę w Polsce umawiam się z dentystą i fryzjerem.

Wieczorem tylko dla mnie dwa filmy z serii Marple z Geraldine: Morderstwo na plebanii i Noc w bibliotece (2004). W drugiej adaptacji zmieniono zasadniczo postacie sprawców. Ideologia LGBT w natarciu, cudownie.

Sobota.
Fred wraca po północy z trzema płytami Davida Bowie zakupionymi w Tower Records (‎€32,97): The Man Who Sold The World (1970) i Blackstar (2016) oraz remaster Viscontiego (2019) płyty Space Oddity (1969). Rewelacyjne soundtracki na dziś. Oglądam śnieg w Niles, MI na kanale dreamer72fem. Bardzo lubię Stacey. Jest prawdziwa. W południe wracam do łóżka i tak leżymy sobie we trójkę przy otwartym oknie. Od zawsze lubiłam z zamkniętymi oczami słuchać dźwięków zaokiennych. Ryś odsypia wczorajsze zamieszanie towarzyskie snem sprawiedliwego. W Chinach zaczyna się rok metalowego szczura, przy okazji czytam, że jestem drewnianym królikiem, a Fred metalową świnią. No i super. Wieczorem jedziemy do Ka&Jot na kawę i film.
___
edit 23:11 Fakty są takie, że wystrojeni jak stróż w Boże Ciało (Fred szerokoskrzydły kapelusz, ja musztardowy berecik, nasze płaszcze mają pierwsze wyjście w gości) zaszliśmy do Tesco po leśny torcik, a skoro tak, to skorzystaliśmy z Costy i posiedzieliśmy trochę nad flat white. U Ka&Jot rozgościliśmy się przed ekranem po siódmej:


Obejrzeliśmy Full Metal Jacket (1987) Kubricka — trochę mnie śmieszy obostrzenie od lat 18-tu (bo chłopcy chcący iść do liceum wojskowego zdecydowanie powinni obejrzeć i mieć szansę na dyskusję). Psychologicznie nieidealny, ale zacny.

piątek, 10 stycznia 2020

24. Wieje.

Ubić to mało. Fred kupił mi w Północnej dwie pary wełnianych Pringli i szkocki szal Begg & Co. w niebiesko-biało-czarną kratkę (kaszmir + jedwab, prać tylko chemicznie). Przyjechał o ósmej rano, wypił herbatę z cytryną i miodem, wziął prysznic i poszedł spać. Kocham go. Tymczasem pogoda na wieczór zrobiła się fujowa, Ryś nie w sosie, nie wie co ze sobą zrobić. Kto wie, może jest reinkarnacją Davida Bowie? Dzisiaj mija czwarta rocznica śmierci ...

— To co, oglądamy coś?, pyta Fred.
___
edit 00:11 Absolutni debiutanci (1986) z Davidem nie zachwycają, za mało Bowiego, są dobre pomysły, ale za dużo chaosu i hałasu. Aż po godzinie musieliśmy zrobić sobie przerwę, bardzo miłą.
___
edit 01:33 Nadal na nogach, słuchamy płyty Soyki i Iwańskiego In Concert (1990), Fred gra na mnie.