Ach, i słonecznie było przez chwilę.
Całkiem sprawnie złożyłam nadkibelnik, nie wymagało to ekstra siły. Tylko nie przymocowałam go do ściany, Kochany zatrudni wiertarkę w wolnym czasie, jeśli w ogóle. Przy robieniu obiadu (wcześnie zaczęłam, sos do fusilli może poczekać, zresztą nawet lepiej, gdy się trochę przegryzie) obejrzałam Śmierć ma okna (1961) z Margaret Rutherford (ona i jej mąż, postacie nadzwyczaj interesujące). Nie mogłam natomiast obejrzeć grubych sióstr nawiedzających UK — nie mogłam, gdyż mnie odrzucało, dziewiąty odcinek szóstego sezonu jeno przeklikałam. Bardzo ciekawe, nagle i niespodziewanie, może to z początkiem 2025 (nowy rok, nowa ja ^..^) moja tolerancja na głupotę i ostentacyjne prostactwo radykalnie spadła. Coś jest na rzeczy, kilka dni temu skazałam na banicję z FB dwie dalekie znajomości, które zawalały mi feed politycznymi durnotami. Klik lub dwa, poof. Jakaś okropna matka dzieciaka, którego kiedyś uczyłam. Jakiś kolega z SP, którego nie widziałam lat 35 i pewnie już nie zobaczę.
Katlin o mnie pytała, nie widziała mnie od powrotu (na spacery nie chodzę, tylko łażę do pracy, albo nawet przemykam). Na tyle zamulałam, że dopiero teraz przyjrzałam się jej prezentowi podchoinkowemu. Mała, ruda plecakotorba firmy Roka, zrobiona (jak głosi etykieta) z recyklingu plastikowych butelek. Świetnie, użyję jej jutro (stary plecak, który też zresztą dostałam od Katlin 3 lata temu, idzie do przepierki).
Zanim jeszcze moje Kochanie wróciło do domu, zadzwoniłam do rodziców, zapytać jak bardzo ich przysypało. Rzeczywiście biało, ale dają radę, mama w porządku, albo kłamie, tatko nadal smarka, Malineczka nie za bardzo chce jeść, atoli jak się ma lat 100, wiadomo, że lekko nie jest i każde ziarnko grochu gniecie. Obiad, rozmowy, prysznic, lektura (Iwasiów wciąga umiarkowanie).