Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miss Marple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miss Marple. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 listopada 2025

2172. Kolejny listopadowy ...

... dzień ciągnący się jak ogon. Tym razem grafik Kochanego zawinął się dziwnie i mąż wracał do domu dopiero po siódmej wieczorem, co z kolei wiązało się u mnie z koniecznością odbycia popołudniowej podroży autobusem. Bogowie wiedzą, że chciałam być miła dla listopada, życzę mu jednak przede wszystkim, żeby już skończył. Walczę z pokusą wyciągnięcia wielkiej walizki, jedyne co mnie powstrzymuje to rozmiar naszego domku, który w praktyce oznaczałby bezustanne potykanie się o kuferek wędrowca. Bardziej się zwijam niż rozwijam, w pracy łatam cudze dziury, co zajmuje mi cenne godziny, dobre jest tylko to, że Szef ostrzegł mnie kto jest gamoniem i trzeba go pilnować, przynajmniej byłam poinformowana zawczasu.

Gdy przed powrotem Kochanego zadzwoniłam do rodziców, dowiedziałam się ciekawych rzeczy związanych z wydarzeniami środowymi: wczoraj nie mogłam się z mamą połączyć przez WhatsAppa, gdyż był Armageddon śniegowy. Okolice leśnej osady zostały w szybkim czasie tak zasypane, że aż do dzisiejszego południa nie było ani prądu, ani połączenia internetowego. Rodzice przegadywali się opowiadając o przygodach. Na koniec okazane zostały wszystkie domowe zwierzaki: chorowity Maksiu, Józka w szpitalnym ubranku (zabieg był w poniedziałek, goi się jak na kocie), Gosia, Bronek, Wojtuś, Franka, Niunia, śpiące obok siebie Rózia i Rozalka. Po rozłączeniu się mama przesłała jeszcze jedną rewelację, dwie fotki taty robiącego dzisiaj rano jajecznicę w świetle świeczki i latarki czołowej. Kocham ich, tych moich rodziców :)

Z okazji listopadowego ogona The Murder at the Vicarage wysłuchan został do końca :)

poniedziałek, 24 listopada 2025

2169. Jak zacząć tydzień?

Łagodnie, tak byłoby najlepiej. Nawet mi wyszło: powoli wygrzebałam się z pieleszy, coś wypiłam, coś zjadłam, wyjechaliśmy do miasta, zabrałam się za "rzeczy". Kochany był w ciągu dnia u lekarza pierwszego kontaktu; lokalna pociecha nic nie wymyślił (czasem skłaniam się ku poglądowi, że nasze kocóreczki mają lepszego weta niż my gp). Skończyłam orkę o czwartej i powędrowałam w kierunku Czarnej, gdyż randka (koleżanka z biura obok wyraziła współczucie, że ja tak ciągle z tymi ludźmi; po zastanowieniu stwierdzam, że są bardziej męczące prace; a ci ludzie okrzepli, ostatni tydzień minął bez jednej histerii, ba, frekwencja się poprawiła, osobnik z lękiem społecznym coś mniej się lęka, a osobnik z fochem ogólnym czasami czuje się lepiej, przebłyskuje więc światło w tunelu). 

Przeszliśmy się z Kochanym główną ulica Drołdy (Tesco), potem polski sklep, żeby kupić placki ziemniaczane. W domu mąż postawił przede mną gulasz wołowy.

Próbuję utrzymać się w stanie pogodnej bezmyślności — wynalazłam kolejnego audiobooka Christie, The Murder at the Vicarage. Zaczęłam marple z takiego powodu, że nie mogłam niestety nigdzie znaleźć chronologicznie następnego płarota w wykonaniu Frasera, Lord Edgware Dies. Świetny James Saxon. Więc tak sobie słucham; zaraz pod prysznic, herbatka, majtanie paluszkami pod kołdrą i trup w kryminale. Dobry wieczór, indeed.
___
edit 20:55 zrobiliśmy sobie z Kochanym test jaką postacią z Trylogii jesteś. Kochany jest Oleńką, ja Baśką Wołodyjowską. No :D

wtorek, 14 stycznia 2025

1854-55. Los wyrobnika.

Z niedzieli na poniedziałek znowu sen o wakacjach i obawach, że przegapiłam moment na pracę. Co mi chcesz powiedzieć, mózgu? :) Była inauguracja rudego plecaka, naprawdę super jest, rozmiar i kolor powodują, że czuję się jak Muminka. W Centrum wszyscy chorzy, nie wiem czy jestem uprawniona do poczucia, że mnie to nie obejmie. Po powrocie do domu wzięło mnie na sprawdzanie prac, ryje mi już banię (pogoda? nieszczęść trwożne wyglądanie?), ale w sumie ok, zrobione, odhaczone, skończyłam po obiedzie, czyli tak około siódmej. A że z rana trudniejsze czytanki (ależ ten Herbert był łapserdak infantylny), postanowiłam sobie zapodać coś lekkiego i prostego, na ekran wjechało Morderstwo w hotelu Gallop (1963).

Po prawie ośmiu godzinach snu budziliśmy się dzisiaj powoli, pomrukując i masując się po pupach. Jednak piąta trzydzieści to okropny czas na pobudkę, nie wiadomo kiedy robi się kwadrans później i zamiast się zastanawiać, czy jest odpowiednia pogoda na śniadanie na tarasie, "a może trzeba by tak przejść do innego skrzydła pałacu podziwiać deszczowe widoki, kochanie", zbieramy się w sobie do robienia rzeczy podobno niezbędnych. Los wyrobnika. Kawiarnia, kubek dla Kochanego i wracam świńskim truchcikiem; literatura. Po pracy (uśmiecham się spokojnie do moich głośnych matołów) znowu pędzę na złamanie nogi, bo za kwadrans odchodzi autobus. W domu wyciszam się, opróżniam kosz na śmieci, daję żarcie ptakom, jem jogurt, oglądam Ahoj zbrodnio (1964), żeby po pół godzinie zacząć skrollować internaty (coś o szatlenkach), gdyż się okazuje, że sequele bywają już nie takie fajne. Kochany wrócił do domu i od razu włączył Disintegration (1989).

niedziela, 12 stycznia 2025

1853. Wolny przepływ energii.

Ach, i słonecznie było przez chwilę. 

Całkiem sprawnie złożyłam nadkibelnik, nie wymagało to ekstra siły. Tylko nie przymocowałam go do ściany, Kochany zatrudni wiertarkę w wolnym czasie, jeśli w ogóle. Przy robieniu obiadu (wcześnie zaczęłam, sos do fusilli może poczekać, zresztą nawet lepiej, gdy się trochę przegryzie) obejrzałam Śmierć ma okna (1961) z Margaret Rutherford (ona i jej mąż, postacie nadzwyczaj interesujące). Nie mogłam natomiast obejrzeć grubych sióstr nawiedzających UK — nie mogłam, gdyż mnie odrzucało, dziewiąty odcinek szóstego sezonu jeno przeklikałam. Bardzo ciekawe, nagle i niespodziewanie, może to z początkiem 2025 (nowy rok, nowa ja ^..^) moja tolerancja na głupotę i ostentacyjne prostactwo radykalnie spadła. Coś jest na rzeczy, kilka dni temu skazałam na banicję z FB dwie dalekie znajomości, które zawalały mi feed politycznymi durnotami. Klik lub dwa, poof. Jakaś okropna matka dzieciaka, którego kiedyś uczyłam. Jakiś kolega z SP, którego nie widziałam lat 35 i pewnie już nie zobaczę.

Katlin o mnie pytała, nie widziała mnie od powrotu (na spacery nie chodzę, tylko łażę do pracy, albo nawet przemykam). Na tyle zamulałam, że dopiero teraz przyjrzałam się jej prezentowi podchoinkowemu. Mała, ruda plecakotorba firmy Roka, zrobiona (jak głosi etykieta) z recyklingu plastikowych butelek. Świetnie, użyję jej jutro (stary plecak, który też zresztą dostałam od Katlin 3 lata temu, idzie do przepierki).

Zanim jeszcze moje Kochanie wróciło do domu, zadzwoniłam do rodziców, zapytać jak bardzo ich przysypało. Rzeczywiście biało, ale dają radę, mama w porządku, albo kłamie, tatko nadal smarka, Malineczka nie za bardzo chce jeść, atoli jak się ma lat 100, wiadomo, że lekko nie jest i każde ziarnko grochu gniecie. Obiad, rozmowy, prysznic, lektura (Iwasiów wciąga umiarkowanie).

piątek, 27 listopada 2020

346. Rhut, rhut, rhut.

Wróciłam po spacerze tuż po dwunastej, spocona jak ruda mysz. Przewidująco ubrana w zimową kurtkę nie przewidziałam, że mój organizm przyzwyczaił się do temperatury 4℃ bez wiatru. Ponownie pożałowałam, że nie wzięłam normalnego aparatu — ze zdjęć kalkulatorem wynika, że przysiadły u nas bernikle jasnobrzuche, zimowi goście z kanadyjskiej arktyki. 

Jako się rzekło, na wybrzeżu stadko gęsi, trochę ludzi, przy zejściu na plażę trzyłapek Cookey przygotowujący się do spaceru ze swoją mamą, w szkole dzieci ryczące tak głośno "Jingle bells", że słyszałam je ze stu metrów przez ściany. Pod domem wpadłam prosto w objęcia męża milusio gawędzącego z Katlin. Fred w czerni i żółci, jak wielki, pluszowy szerszeń z kaszkietem na głowie, czekał na pożegnalny pocałunek przed wyjazdem na Belfast. Pierwotnie miała to być nocka, ale nad ranem szef zadzwonił informując o zmianie planów i małżonek był na nogach dość wcześnie. Anne niepotrzebnie więc wahała się zapukać do naszych drzwi przed wyjazdem. Gdy do niej tekstowałam, była już na lotnisku wyglądającym jak w Langolierach Kinga, gotowa rozpocząć kilkugodziny lot do domu rodzinnego i zaprawiająca się do boju pintą Guinnessa. 

Podbudowana słońcem przelałam symboliczną kwotę na konto ratujemyzwierzaki.pl, żeby pomóc Przystani Ocalenie w zdobyciu zwierzakobusa.

Zakończę dzisiaj ogladanie serii Panny Marple z Joan Hickson — przedostatni odcinek towarzyszył mi przy rozkoszach prasowania i mycia kuchenki, ostatni będzie teraz, gdy czekam na Freda. Długa noc.

czwartek, 26 listopada 2020

345. Dużo myślenia, mało działania.

Dwa spacery z wczoraj kompensują, mam nadzieję, nieruchawość i objadanie się słodyczami dzisiaj. Małżonek wyjechał po siódmej do Dublina, chociaż miał jechać do Dundrum (to w przeciwną stronę jest), i nawet dość szybko wrócił, bo już po drugiej po południu chodził naokoło domu z łopatką i wykopywał chwasty w towarzystwie swojego wiernego, futrzastego giermka. Dobra żona natomiast krzątając się po domu o poranku obejrzała do końca dokument BBC z Lucy Worsley o Bożym Narodzeniu w czasach Tudorów i zanotowała sobie w pamięci, że pani Worsley napisała kilka książek historycznych. Była też wieczorna gawęda z rodzicami do których zadzwoniłam, żeby poinformować tatę o śmierci drugiej teściowej jego brata. Przy okazji taka wymiana zdań z mamą nastąpiła:

— Małżonek czyta książki w okularach progresywnych. Musiałabyś go zobaczyć, jak się rozsiada. Inteligent. Ja za to do czytania ostatnio okulary ściagam, wolę bez.
— Jak ja.
— No tak, tylko, że kiedyś mnie to dziwiło. Teraz już wiem.
— Starzejesz się.
— Starzeję się od urodzenia, ale do tej pory mi to nie przeszkadzało. Mówię ci, wyszłam za mąż rzutem na taśmę.

W toku dnia dwa odcinki Marple, 4.50 from Paddington (1987) i A Carribean Mystery (1989), drugi obejrzany połowicznie z mężem, oddelegowanym na krzesełku obok w charakterze masażysty. Zupełnie już pod wieczór, zainspirowani imieniem kota u pewnego internetowego znajomego, oboje przypomnieliśmy sobie jednocześnie tytuł spektaklu dla dzieci, który nas wzruszał, gdy byliśmy bardzo młodzi. O pięknej Pulcheryi i szpetnej bestyi. Jestem z tych, co natychmiast dłubią i drążą, żeby wiedzieć, więc zaraz dowiaduję się, że reżyser przedstawienia z 1983 roku, Zbigniew Poprawski, zmarł miesiąc temu. Myślę o naszych dziecięcych buźkach, które w dwóch krańcach Polski wpatrywały się zafascynowane w ekran telewizora nic jeszcze o sobie nawzajem nie wiedząc.

poniedziałek, 23 listopada 2020

342. Szynki w plasterkach już nie ma.

Tak więc Fred musi na dziesiątą wieczór jechać do Antrim. No i ja się pytam po co, kot się pyta po co. Wiadomo oczywiście po co — żeby były pieniążki na zapas kocich chrupek. Gdyby wczoraj nie było tak słonecznie, napisałabym dzień jak co dzień. Pobudka o 7:20, doing  t h i n g s, i nagle w czasie obiadu o czwartej po południu okazuje się, że za oknem noc. Wieczorem mężczyzna poza domem, w domu bałagan, czyli zrobiła się pora na seans panny Marple, dziś Nemesis (1987). Obejrzałam go podjadając z Rysiem plasterki szynki prosto z opakowania. Ponieważ niczego nie skrywam przed mężem, poinformowałam go o tym szczególe, gdy przed chwilą zadzwonił z Północnej.

środa, 18 listopada 2020

337. The regular.

Przed południem Fred potwierdził mi telefonicznie, że głodne kocie, które tuptało naokoło mojego łóżka po siódmej rano, naprawdę nie dostało od niego śniadanka (Rysio lubi trochę wyolbrzymiać te sprawy). 

Nie wydarzyło się nic szczególnego. W trakcie różnych domowych czynności obejrzałam dwa kolejne odcinki Panny Marple z roku 1987 (A Sleeping Murder, który bez lektora oglądało się o niebo lepiej niż w sierpniu, i At the Bertram's Hotel, o wiele znośniejszy od hałaśliwej wersji nagranej 20 lat później), a wieczorem przeczytałam dwie opowiastki z Dublińczyków (Counterparts i Clay). Zbiór opowiadań jest z rodzaju takich, które rozgrzewają moje serce, pełen ważkich drobnostek. Po Clay wzięłam się za tekst o symbolice zawartej w tej historii.

Nadal czekam na męża, który dopiero wraca autobusem z lotniska. Podpiekę łososia, żeby chociaż wieczorem mógł zjeść coś na ciepło.

wtorek, 17 listopada 2020

336. Rozrywki różne.

Obudziłam się, gdy zaczęła mi przeszkadzać cisza w kuchni. 7:40, Fred dziesięć minut wcześniej wyjechał złapać autobus w Drołdzie. Do porannej kawy obejrzałam Murder at the Vicarage (1986), przeznaczając resztę dnia na bardziej intelektualne rozrywki i walcząc z pragnieniem zastartowania kolejnego odcinka tego umilacza. Spacer? Nie. Nieufnie zerkałam w kierunku brzydkich chmur nad lądem, które, jak się później okazało, słusznie oceniłam negatywnie. Z Joyce'a przeczytałam Two Gallants, The Boarding House i A Little Cloud — nie spieszę się, dodatkowo wnikliwe przypisy okazują się równie interesującą lekturą.

W ciągu dnia odebrałam telefon od Ka, który w czasie swojego wolnego usiłował dodzwonić się do Freda. Przy okazji rozmawiamy przez chwilę o tym, co to za heca z nagłówkami w anglojęzycznych mediach o polsko-węgierskim wecie. Ka pyta mnie, co się dzieje w Polsce. I co ja mam mu powiedzieć? Rozmawiałam też z mamą, tu nie ma zaskoczenia, znowu o kredensach. Kolejny, który ją interesował, ktoś sprzątnął jej sprzed nosa. Mama w przeciwieństwie do Ka doskonale wie, co się dzieje i jest mocno przywiązana do myśli któregoś dnia to wszystko pierdolnie. Pamiętam kilka takich sytuacji, gdy przepowiednie mojej mamy się sprawdzały.

Zarejestrowałam się na stronie Deutsch für dich i od razu trafiłam na lekcję na temat niedyskryminujących zwrotów w języku niemieckim. Minuta i rozumiem ideę Gendersternchen.

Małżonek wrócił do domu około dziewiątej wieczór, podgrzałam mu pierogi ruskie, Fred spożywa, nucimy i komentujemy piosenki Bukartyka z płyty O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Myślę o tobie, kiedy to robię ...

poniedziałek, 16 listopada 2020

335. Literatura jest wszędzie.

Przez sen słyszałam nad ranem jakieś kocie pyskówki, Rysiu w tym czasie był zamknięty w domu i wzburzony zajściami biegał od okna do okna. Z Fredem rozmawiam o tym dopiero po ósmej, w trakcie jego przerwy w pracy.

Lektura: Trzy historie z Dublińczyków — od Araby do After the Race. Przelotnie poświęcam kilka myśli wiktoriańskiej pornografii i sprawdzam jak parę ulic w Dublinie wygląda obecnie. W sieci jest nawet strona dotycząca mapowania lokalizacji opowiadań z Dublińczyków Joyce'a. To jest ciekawe :)

Dwuodcinkowy A Pocket Full of Rice (1985) z przyjemnością porównuję z ekranizacją z Julią McKenzie obejrzaną w lipcu. Fred w tym czasie był już w domu i dosypiał noc. Przez kilka następnych dni Miły będzie budził się rano i obierał azymut na Dublin, dwa razy na lotnisko, potem na Grafton Street. W After the Race to ta ulica na rogu której a short fat man was putting two handsome ladies on a car in charge of another fat man. W Bibliotece Narodowej przeglądam fantastyczne zdjęcia miasta z tamtej epoki autorstwa J.J. Clarke'a.

niedziela, 15 listopada 2020

334. Senna niedziela.

Śniłam urodziny mamy — jakby dopiero miały być te, które już były. Przechodziła na emeryturę, co w realu nie miało miejsca, i była bardzo szczęśliwa, a ja z nią. Coś tam liczyłam, ile będę miała lat za ileś lat, ale na jawie widzę, że wychodziły mi liczby bez sensu. Sen był po tym jak przed ósmą Fred obudził mnie swoim przyjazdem z Północnej, otworzył okno i ogłosił powrót mokrego kota. Procedura suszenia kota ukołysała mnie do tego snu :).

Dzień był uneventful, pogodowo na tyle niezachęcający, że myśl o spacerze nawet nie przeszła mi przez głowę.  Po obiedzie małżonek stargany nocną szychtą zosiadł błogo przed laptopem, a ja z przyjemnością obejrzałam A Murder is Announced (1985), doskonałą adaptację Miss Marple z Johnem Castle. Jutro znowu zmiana zmiany i początek pracy o pogańskiej godzinie — Fred musi wstać po drugiej nad ranem, żeby dotrzeć na czas do Dublina ...

sobota, 14 listopada 2020

333. Psia pogoda.

Właśnie kończyłam oglądać drugą część The Moving Finger (1985), gdy otrzymałam taką wiadomość: 

 I just baked some onion rolls — would you like some?

Więc piszę Kaś MatkaKotom, że ludzie są tu tacy mili, jakby byli naćpani. A rzeczone onion rollsy Anne przyniosła za minutę. Jeszcze ciepłe bułeczki w półmroku wyglądały tak:


Fred pojechał do Antrim na dziesiątą wieczór, zanim je dostałam. Ryś zwlókł się z tapczanu i po fotelu wgramolił za roletę, żeby odprowadzić samochód wzrokiem aż do zakrętu. Cały dzień był nie w humorze, bo wszystko nie tak. Współodczuwam. Pół dnia okropny wiatr i deszcz równie paskudny, drugie pół niewiele lepiej. Rano rozmawiałam przez kamerę z mamą — temat kredensów nie ma końca, są do kupienia dwa podobne, z międzywojnia — za dużo gadam, nie pomogłam, mama musi zdecydować sama. Po bułeczkach rozmawiałam jeszcze chwilę z Anne na fejsie — jest na kwarantannie przed wyjazdem do Stanów, po powrocie znów kwarantanna, tak więc nasz wspólny urodzinowy obiad z października odbędzie się w roku 2021. I jeszcze rozmowa z Luś o ciężkim losie studenta online hispanistyki nowadays oraz ogólnie, o życiu. Reszta wieczoru dla mnie. Prysznic i zeszyt z nazwiskami przodków.

środa, 11 listopada 2020

330. Dzień Niepodległości.

Wiatr i coraz gęstszy deszcz naganiany nad nasz zakątek przez niż nad Atlantykiem — tak jest w zasadzie od nocy. Siedzimy więc w domku we troje, Ryś wyszedł tylko na chwilę i zamókł mu ogon, który matka musiała osuszyć papierowym ręcznikiem. O tej porze mrok gęstnieje. Szybko. Pod pretekstem prasowania obejrzałam pierwszą część klasycznej Panny Marple z lat 80-tych, której kawałek widziałam w lutym. The Body in the Library (1984) w trzech odcinkach, naprawdę perełka, poza tym w oryginale ogląda się to jakoś inaczej, wznioślej. Wersja z McEwan jest wystawniejsza, szybsza, za to Marple grana przez Hickson ma w sobie brytyjski dowcip, patynę i grozę. Fred doczytuje książkę, ja też się pewnie złapię którejś z napoczętych lektur.

11 listopada w Wawie, jak to się dzieje od kilku lat, na ulice wyszli faszyści, a purpuraci w świątyniach gulgoczą homilie przed przedstawicielami władzy, która wykorzystuje każdą okazję, żeby podlizać się ołtarzowi. Gulgoty są potem cytowane przez portale informacyjne, jakby zawarte w nich słowa miały sensowną treść. Daleko od tej specyficznej zawiesiny, u nas na obiad będzie Fredowe spaghetti, potem rozmowa, być może wieczorem film.
___
edit 21:20 Próbowaliśmy z filmem — przez godzinę oglądaliśmy Obrazy bez autora (2018) von Donnersmarcka, ale internet tak rwał, że zdecydowaliśmy się przenieść resztę na jutro. Film jest długi (trzy godziny) i wymaga skupienia. W tym czasie Rysio kilkakrotnie z fotela wchodził na parapet zasłoniętego okna, tylko mame, trzym fotel, roletę to ja sam, to trzymałam, bo fotel jest obrotowy. Wiatr nareszcie ustał. Jeszcze nie idziemy spać. Na razie zielona herbata, prysznic, lektura, Fred ślęczy nad tekstem.

piątek, 21 sierpnia 2020

248. Codzienność dezorganizująca.

Nie dzieje się nic godnego uwagi. Po zakończeniu serii z McKenzie (dopiero wieczorem uświadomiłam sobie, że w ostatnim odcinku grała Glynis Barber, nie poznałam jej) przerzucam się na starsze marple, więc oto obejrzałam Uśpione morderstwo (1987) z Joan Hickson. Kreowana przez nią postać jest zupełnie inna, młodzi aktorzy grają jak drewna, ale panna Marple jest intrygująca. Miałam też ogromną ochotę na seans Zwierciadła ... (1992), o którym ostatnio wspomniał Hebius, ale film zaciął mi się na reklamie. Była to irlandzka reklama społeczna w której odkryta rura gazowa krzyczała wesoło hej, Dave, nie spodziewałeś się mnie zobaczyć?. Po jeszcze dwukrotnym jej obejrzeniu, z rozpędu obejrzałam następną — kanarek przypominał, żeby raz do roku robić przegląd boilera i komina. Albowiem Tommy McAnairney straciwszy wielu swoich krewnych (kanarków, oczywista) w czasie pracy w kopalni, postanowił śpiewać tradycyjne ballady na temat zatrucia tlenkiem węgla. 

Kocham ten kraj. 

Jednakowoż po bezwiednym doborze repertuaru muszę stwierdzić, że mam dzisiaj w głowie kisiel wiśniowy. 

Fred zaczął zmianę jako prawie dzienną, liczę, że wróci przed północą i pogłaszcze mnie po głowie przed snem.

czwartek, 20 sierpnia 2020

247. Sztorm, Marple i Świnie.

No i grzebie się, grzebie. Sztorm Ellen rano przegonił brzydkie chmury, ale wiatr nie zelżał, a po południu przyszły kolejne opady. Nie jest tak źle jak wczoraj, gdy woda spływała po drzwiach pod otworem na listy, ale wszystko przed nami. Ryszard przyszedł do kuchni i po kolacji zasiadł w świetle lampy, na laptopie Freda. To nie czas na spacery, mówi mi. Będę miała więc towarzysza. Noc ma być niespokojna.

Fred wrócił dziś po czwartej rano (zastał kota śpiącego w łóżku po jego stronie), a gdy wstał tylko dwie godziny spędziliśmy w swoim towarzystwie, bo dość szybko po południu musiał wyjechać, tym razem do Athlone. Wcześniej nastawił mi Świnie (1985), genialna płyta MWNH, ciągle nucę Czerwony deszcz. Nucę i kończę serię Marple. Szaleństwo Greenshawa (2013) jest bardzo ładnie sfotografowane, bez dużej ilości filtrów, poza tym gra w nim Fiona Shaw, niezwykle virginiowoolfowa. Zresztą ... nadal pamiętam ją z telewizyjnych Perswazji, pierwsze wrażenie zapadło mi w pamięć. Bardzo podoba mi się ta kobieta :)
___
edit 22:40 Fred dzwonił w przerwie w pracy, jutro niespodziewanie ma kolejne zlecenie, tym razem w Północnej. Poza tym, Noc i ciemność (2013), well, mieszane mam uczucia. Z jednej strony fajny zabieg, jak już się człowiek zorientuje, z drugiej, w praktyce czekałam prawie godzinę na trupa. Można było psychopatię pokazać dynamiczniej. I to tyle w temacie serialu, 23 odcinki tej panny Marple się obejrzały. Kot do mnie gada, mówi, że chce wyjść i mam coś zrobić z pogodą. Spędzę więc resztę dnia słuchając Świń, czytając o zaburzeniach dysocjacyjnych i wyłączając sztorm

środa, 19 sierpnia 2020

246. Jaki znowu sztorm?

Jeśli kot dostaje rano śniadanie jak trzeba, a potem nie budzi Cię na drugie i przesypiasz dziesiątą, wiedz, że coś się dzieje. Rysio dostał jedzenie, gdy na świecie była jeszcze szarówka, i tak przespał nie tylko dziesiątą, ale cały dzień, aż do podwieczorka. Jego ogon to najlepszy barometr — internety poinformowały mnie dopiero około południa, że od Atlantyku idzie Ellen i na zachodzie kilka hrabstw ma w związku z tym alarm pomarańczowy na tę noc i czwartek. Dziwny czas na sztorm, ale kto, jak nie my, i gdzie, jeśli nie u nas?

Bo wieje, czy też nie, Fred pojechał na siódmą wieczorem w kierunku Dublina, a ja rozkminiłam kolejne dwa odcinki z serii Marple: Błękitne geranium (2010) i Karaibską tajemnicą (2013). Geranium już widziałam, za to drugi seans przerwała mi godzinna telekonferencja z Luś, pogadanka była o tym i owym, przewinął się temat zbliżającego się roku szkolnego i chorób psychicznych w narodzie. Stan serii Marple wygląda tak, że tajemnicą wbiłam się do ostatniego sezonu i zostały mi tylko dwa odcinki do obejrzenia. Poza tym spokój, jeśli pominąć to, że deszcz zaczyna padać bardziej poziomo. Gdzieś tam w ciągu dnia odkryłam, że i owszem, mam konto paypal o którym zapomniałam, więc zapłaciłam za niedzielną jogę, i bardzo mi z tego powodu wesoło.

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

244. Lepiej.

Poprawa była widoczna. Wczoraj w ciągu dnia słuchaliśmy co najwyżej The Cure, a po już północy Television Marquee Moon (1977) i jeszcze nocnych głosów zwierząt, które dobrze słychać w bezwietrznej pogodzie. Zapomniałam dodać, że kolejna książeczka dla dzieci została w Tesco zakupiona — The Thing Puttocka & Egnéusa.

W tym lepszym dniu zaś deszcz od rana, i drożdżowy placek ze śliwkami w piekarniku, i The Best of Jefferson Airplane (1996) w głośnikach. Fred wieczorem pracuje w Tallaght, ale przed wyjazdem wiesza obraz (prezent ślubny), zaczyna robić obiad i naprawia łóżko, pod którym wczoraj podstawił kilka książek (bezużyteczne lektury o cudownych lekach na raka i medycynie alternatywnej). Odkażacz w wodzie do mycia podłogi pachnie ostro jak pasta do butów, więc wietrzę domek i w związku z tym słyszę dyskusje wróbli w ogródku sąsiada. Zapakowałam Fredowi kanapki i kawałek placka. Właśnie pomachał mi na pożegnanie.
___
23:58 Znałam te odcinki Marple, Zwierciadło pęka w odłamków stos i Tajemnica rezydencji Chmineys (2010) — piąty sezon oglądałam przy okazji którejś z niedawnych wizyt w Polsce, obejrzałam jednak z przyjemnością i teraz już tylko ... szycie.

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

237. Najbardziej lubię prasowanie ręczników.

Fred wrócił około piątej rano. 

W czasie seansów Panny Marple przeprasowałam wszystko, co się dało prasować. Przed południem poszedł na to odcinek Strzały w Stonygates (2009) z udziałem Joan Collins, wieczorem Tajemnica bladego konia (2010). Ten drugi z pewnością już oglądałam.

Drugie śniadanie było złożone z cieplutkich sconesów, które Katlin przyniosła mi jeszcze, gdy Fred słodko spał.

Odezwał się do nas Ryanair i zaoferował vouchery zamiast wypłaty gotówki za nasze dwa podejścia do lotów, które się w tym roku nie odbyły. Skorzystaliśmy po ekspresowej naradzie. Bo przecież zamierzamy lecieć. Kiedyś.

Przekwitła krokosmia. Jest ciepło, ale pochmurno. Gdy po obiedzie, około czwartej mąż wyjeżdża do pracy, na ogród spada leniwy deszcz. W powietrzu pachnie już jesienią.

Przed chwilą zmitrężyłam też trochę czasu na aktywowanie czytnika irlandzkiej karty bankowej, który leżał nieużywany od kilku miesięcy. A wcześniej przyszyłam dwa guziki do gołębiego płaszcza Freda i zacerowałam mu dziurę w starym swetrze. Dość tego dobrego, jeszcze się przepracuję :] Małżonek pojechał do Dublina wcześniej, żeby w Tower Records kupić pięć płyt. Będzie miły poranek, będzie słuchanie. A teraz jakiś film ... i już miałam poszukać grzecznie filmu, ale zaczęłam przez internet rozmawiać z Anne o tym, co się dzieje w Polsce, i o naszym nieudacznym prezydencie. W efekcie kończę dzień z The Power of Poetry na IntelligenceSquared.

niedziela, 9 sierpnia 2020

236. Spodziewany odpoczynek.

Dlaczego nie Evans? (2009) z serii Marple i czekoladowe ciastki towarzyszą mojemu wieczorowi. No ja nie wiem, jakoś zbyt skomplikowane te intrygi, albo ja mało lotna. I jeszcze, konieczność siedzenia prosto strasznie mi męczy mózg. 

Dobra pogoda ma się utrzymać przez kilka dni.

wtorek, 28 lipca 2020

224. Wtorek na prowincji.

Trochę czasu zajęły mi dziś porządki w archiwum zdjęć, wyrzucanie dubli i tworzenie kopii zapasowych. Tata zadzwonił, porozmawiałam przy okazji przez kilka minut z babcią. Fred dość wcześnie wyjechał do pracy, ja zaś przypomniałam się pannie Marple. Pierwszy odcinek z Julią McKenzie, Kieszeń pełna żyta (2009), ze złym Rupertem i dobrym Matthew. Sen będzie w świeżej pościeli. Oprócz szczurów po wsi grasuje złodziej, jakoś mnie nie pociesza, że znany z nazwiska. Nie chcąc iść spać za wcześnie, pozwoliłam sobie jeszcze na drugi odcinek, Morderstwo to nic trudnego (2009) z Cumberbatchem.

Czekam.