Ubić to mało. Fred kupił mi w Północnej dwie pary wełnianych Pringli i szkocki szal Begg & Co. w niebiesko-biało-czarną kratkę (kaszmir + jedwab, prać tylko chemicznie). Przyjechał o ósmej rano, wypił herbatę z cytryną i miodem, wziął prysznic i poszedł spać. Kocham go. Tymczasem pogoda na wieczór zrobiła się fujowa, Ryś nie w sosie, nie wie co ze sobą zrobić. Kto wie, może jest reinkarnacją Davida Bowie? Dzisiaj mija czwarta rocznica śmierci ...
— To co, oglądamy coś?, pyta Fred.
___
edit 00:11 Absolutni debiutanci (1986) z Davidem nie zachwycają, za mało Bowiego, są dobre pomysły, ale za dużo chaosu i hałasu. Aż po godzinie musieliśmy zrobić sobie przerwę, bardzo miłą.
___
edit 01:33 Nadal na nogach, słuchamy płyty Soyki i Iwańskiego In Concert (1990), Fred gra na mnie.
Nie kojarzę Bowiego jako wybitnego aktora. Czy nawet dobrego. Tak popatrzyłem po spisie filmów, w których grał i jedyna jego rola, którą zapamiętałem to ta z "Zagadki nieśmiertelności" (The Hunger).
OdpowiedzUsuńObejrzyj "Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence", tam trochę pograł.
Usuń