Sobota
Zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do mamy powiedzieć jej, że w grudniu przylatujemy razem z Kochanym (żeby też mogła się cieszyć i już układać sobie w głowie detale). Na śniadanie Fredowa sałatka grecka, smażony ser halloumi, reaktywowane resztki obiadowe (do ryżu z pieczarkami i cukinią wbite dwa jajka). Pokroiłam jeszcze brie i kiełbasę, ale wszystkiego było dla nas za dużo. Po sytym posiłku wytoczyliśmy się z domu w kierunku północnym.
Okazuje się, że kilka dni temu Carlingford zalane zostało wodą spływającą ze Slieve Foy, w miasteczku były jeszcze ślady po tym wydarzeniu. Zanim dołączyła do nas Aś chwilę oglądaliśmy biżuterię u Gareta, potem poszliśmy we trójkę do graciarni Williego, gdzie obok piętrzących się talerzy i zarosłych brudem filiżanek stały tanie jak barszcz toaletki i używane kije golfowe. Albo Williego nie zalało, albo nie wpłynęło to zauważalnie na wystrój:
Chłodno i jasno; spacer przez ruiny opactwa i fotografowanie naszych super butów maszerujących po cmentarnej trawie:
Obiad zjedliśmy u Ruby Ellen's, tradycyjnie po pieczonym ziemniaku dla każdego. Dobre były przy tym rozmowy: o traumach, śmierci, miłości, nałogach. Przed czwartą Aś chciała ruszać dalej, my byliśmy umówieni na wieczór filmowy, a że było jeszcze trochę czasu, zjechaliśmy do Costy pod Omniplexem:
Myjnia, gapienie się jak szczota szoruje po autku. Szwendanie się po Tesco. W końcu wizyta u Ka&Jot, gadulstwo przy herbacie, a na deser seans na Netflixie: nowy Znachor Gazdy, nawet znośny, inny niż się spodziewałam. Pieseł-terapeuta towarzyszył nam nieomal cały czas, przyklejając się to do Kochanego, to do mnie:
Nie było nas w domu z 12 godzin, po powrocie żadnych kocich wyrzutów.
Niedziela
Pogoda odmieniona, cieplej, ale ponuro, w Kuchniosalonie półmrok. Na śniadanie do wczorajszych zmiotek (kiełbasa, brie, plastry wołowiny, sałatka grecka) zrobiłam guacamole (niestety bez kolendry, za to z potężną dawką czosnku), ugotowałam jaje na twardo oraz dorzuciłam polskiej sałatki jarzynowej ze sklepu. Na spadek energii zrobiłam sobie kawę i zajęłam się ożywieniem słuchawek bezprzewodowych Bang & Olufsen, których techniczne rozgryzanie tak Freda zniechęciło, że sprzęt od miesięcy (jeśli nie lat) zalegał nieużywany. Fajny gadżet, i działa.
Zauważyłam na dworze kulejącą Amber. Żal mi się jej zrobiło, koteczka dostała wołowinę ze śniadania (nie pojmuję, jak rodzina może się nie interesować kotem z widoczną kontuzją).
Kiepsko u mnie z decyzyjnością, więc zostawiłam Fredowi rozstrzygnięcie, czy jedziemy do Omniplexa na film, który wczoraj wypatrzyliśmy. Pojechaliśmy, zdążyliśmy nawet zajść do Costy na mince pie. Seans Killers of the Flower Moon (2023) poraża długością, ale z drugiej strony podoba się mi takie niespieszne kino. Wróciliśmy do domu przed siódmą (nad nami rozgwieżdżone niebo i Wielki Wóz). Do tego stopnia nie chciało się nam robić obiadu, że Kochany przyniósł ze skryty ogrodowej słoiki-gotowce; padło na bigos, który okazał się jadalny.
W ten sposób przebimbaliśmy weekend. Towarzyszyło mi poczucie bezsiły i zniechęcenia, jakbym gdzieś coś miała zrobić, ale zapomniałam co i teraz już po ptokach. Przede mną pięć kolejnych dni w pracy aż do naszego wylotu do Polski. Jak sobie o tym pomyślę, od razu nic mi się nie chce. Ale będzie dobrze, krok za krokiem, musi być.