Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lipca 2024

1682. Randka / praca / dom / randka.

Czasu na poranną kawę w Czarnej więcej niż wczoraj, więc dla siebie też zamówiłam ją w normalnej filiżance. Fred zrobił dla nas obiad i po trzeciej podjechał pod Centrum, żeby mnie zabrać do domu (njus: małżonek korzystając ze zniżek kupił frytkownicę beztłuszczową, niezbyt dużą, w sam raz na dwie osoby). Napasłam się mężowskim spaghetti i po piątej z muzyką lat 80-tych w głośnikach wyruszyliśmy przed siebie (do Carlingford, bo się nam już do kawiarni nie chciało).

Pogoda pełna niespodzianek, w drodze przez góry piękna, potem nieco słonecznego ciepła i nagły powiew wiatru od strony gór, gdy staliśmy na molu. 

Przeszliśmy się też trochę przez miasto przy okazji odkrywając, że rupieciarnia Williego na stałe zmienia adres.


Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu, na miasto spadł deszcz.

Rozmawiałam z mamą: o jej przyszłej emeryturze (pewnie jakoś tam się zbliżającej), o sprawie kociej (rodzice znowu wywalili kasę na kastrację cudzego czworonoga), o gryzieniu się w język (literalnie), o Fredowych zakupach z Empiku (prawie w całości już się pojawiły u rodziców). Potem spacer z Piesełem w kierunku tęczy na horyzoncie (doszliśmy aż do ronda, przy którym na murawie wyrosła rodzina wielkich, kłapiastych olszówek). Niebo świeżo obmyte deszczem, zachód słońca nas nie ominął. Późnym wieczorem na ekran wjechał krótki Fanatyk (2017) z Cyrwusem. 

niedziela, 12 listopada 2023

1426-1427. Odmiana.

Sobota
Zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do mamy powiedzieć jej, że w grudniu przylatujemy razem z Kochanym (żeby też mogła się cieszyć i już układać sobie w głowie detale). Na śniadanie Fredowa sałatka grecka, smażony ser halloumi, reaktywowane resztki obiadowe (do ryżu z pieczarkami i cukinią wbite dwa jajka). Pokroiłam jeszcze brie i kiełbasę, ale wszystkiego było dla nas za dużo. Po sytym posiłku wytoczyliśmy się z domu w kierunku północnym. 

Okazuje się, że kilka dni temu Carlingford zalane zostało wodą spływającą ze Slieve Foy, w miasteczku były jeszcze ślady po tym wydarzeniu. Zanim dołączyła do nas Aś chwilę oglądaliśmy biżuterię u Gareta, potem poszliśmy we trójkę do graciarni Williego, gdzie obok piętrzących się talerzy i zarosłych brudem filiżanek stały tanie jak barszcz toaletki i używane kije golfowe. Albo Williego nie zalało, albo nie wpłynęło to zauważalnie na wystrój:

Chłodno i jasno; spacer przez ruiny opactwa i fotografowanie naszych super butów maszerujących po cmentarnej trawie:


Obiad zjedliśmy u Ruby Ellen's, tradycyjnie po pieczonym ziemniaku dla każdego. Dobre były przy tym rozmowy: o traumach, śmierci, miłości, nałogach. Przed czwartą Aś chciała ruszać dalej, my byliśmy umówieni na wieczór filmowy, a że było jeszcze trochę czasu, zjechaliśmy do Costy pod Omniplexem:

Myjnia, gapienie się jak szczota szoruje po autku. Szwendanie się po Tesco. W końcu wizyta u Ka&Jot, gadulstwo przy herbacie, a na deser seans na Netflixie: nowy Znachor Gazdy, nawet znośny, inny niż się spodziewałam. Pieseł-terapeuta towarzyszył nam nieomal cały czas, przyklejając się to do Kochanego, to do mnie:

Nie było nas w domu z 12 godzin, po powrocie żadnych kocich wyrzutów.

Niedziela
Pogoda odmieniona, cieplej, ale ponuro, w Kuchniosalonie półmrok. Na śniadanie do wczorajszych zmiotek (kiełbasa, brie, plastry wołowiny, sałatka grecka) zrobiłam guacamole (niestety bez kolendry, za to z potężną dawką czosnku), ugotowałam jaje na twardo oraz dorzuciłam polskiej sałatki jarzynowej ze sklepu. Na spadek energii zrobiłam sobie kawę i zajęłam się ożywieniem słuchawek bezprzewodowych Bang & Olufsen, których techniczne rozgryzanie tak Freda zniechęciło, że sprzęt od miesięcy (jeśli nie lat) zalegał nieużywany. Fajny gadżet, i działa.

Zauważyłam na dworze kulejącą Amber. Żal mi się jej zrobiło, koteczka dostała wołowinę ze śniadania (nie pojmuję, jak rodzina może się nie interesować kotem z widoczną kontuzją). 

Kiepsko u mnie z decyzyjnością, więc zostawiłam Fredowi rozstrzygnięcie, czy jedziemy do Omniplexa na film, który wczoraj wypatrzyliśmy. Pojechaliśmy, zdążyliśmy nawet zajść do Costy na mince pie. Seans Killers of the Flower Moon (2023) poraża długością, ale z drugiej strony podoba się mi takie niespieszne kino. Wróciliśmy do domu przed siódmą (nad nami rozgwieżdżone niebo i Wielki Wóz). Do tego stopnia nie chciało się nam robić obiadu, że Kochany przyniósł ze skryty ogrodowej słoiki-gotowce; padło na bigos, który okazał się jadalny. 

W ten sposób przebimbaliśmy weekend. Towarzyszyło mi poczucie bezsiły i zniechęcenia, jakbym gdzieś coś miała zrobić, ale zapomniałam co i teraz już po ptokach. Przede mną pięć kolejnych dni w pracy aż do naszego wylotu do Polski. Jak sobie o tym pomyślę, od razu nic mi się nie chce. Ale będzie dobrze, krok za krokiem, musi być.

poniedziałek, 6 marca 2023

1176. Dolinki.

Z samego rana zaliczyłam wkurw w pracy: nie mogłam otworzyć kłódki na drzwiach, bo jakaś pinda (domyślam się która) wzięła klucz ze schowka i nie raczyła go oddać, ani nikogo o tym poinformować. W dłuższej perspektywie fuj z tym, ale biegając w poszukiwaniu Krisa-woźnego zapodziałam szary kaszkiet Seebergera i teraz będzie mnie to dręczyło (bo, a co jak to nie było wtedy?).

Ponieważ Kris musiał zabezpieczyć drzwi, a kończył szychtę wcześniej, też skończyłam wcześniej i od razu wsiadłam do podstawionej karocy, która górami i dolinami zawiozła mnie do Carlingford. Na chwilę wpadliśmy do Aś (Wu oczywiście wspomniał o pentagramie, pomimo tego, albo właśnie dlatego, że został uprzedzony, aby jej nie drażnić), zjedliśmy pieczone kartofle u Ruby Ellen's, kopsnęliśmy się na spacer do kościoła cabrio oraz tradycyjnie rupieciarnia lokalna została przez nas odwiedzona (super komodę widziałam, z pewnością stuletnią, gdybym miała kąt do jej upchnięcia, już by była nasza, kosztowała śmiechu warte €140). Również na chwilę odwiedziliśmy Newry, Wu robił po drodze drobne zakupy.

W ten sposób mija ostatni dzień pobytu szwagrowskiego, jutro bracia ruszają z kopyta o bardzo wczesnej porze, najpierw na lotnisko, potem Kochany do pracy. Wieczorem zaczęliśmy rozmawiać o Mistrzu i Małgorzacie, to ulubiona książka Wu, więc się szwagier ożywił, a nawet pojaśniał (przy okazji też skopiował bratu audiobooka w czytaniu Wiktora Zborowskiego). Uścisnęliśmy się na okoliczność życzenia sobie do zobaczenia w najbliższym czasie. I już. Fred śpi, kot się umył i też ułożył do snu, Wu za ścianą podejmuje decyzję czy spać, czy słuchać audiobooka przez całą noc. Mnie jutro czeka gonitwa myśli. Ale na razie odpoczynek w innym wymiarze.

niedziela, 5 czerwca 2022

901. How are you getting on, pet?

Bardzo się z tym grzebałam, ale po majowej posusze dokończyłam czytać książkę — o poranku, z mokrymi włosami, w rytmach płyty Kultu, z mężem pijącym obok pierwszą kawę doczytałam ostatnie 40 stron Bonobo i ateisty (Copernicus Center Press, 2020). Trochę rozwaliła mnie końcówka, dopisek od Redakcji, która postanowiła wytłumaczyć o czym to jest i "subtelnie" pokrzepić wierzące serduszka (nie dziękuję).

Dzień szary, ale nie marudzę i oblekam się na spacer po Carlingford. Tak:

Fred również: 

Oraz:




Zostawiliśmy samochód przy drodze niedaleko zamku Jana, bo widać było, że miasto jest napakowane. Poszliśmy przez zamek na pieczonego ziemniaka do Ruby Ellen's (ta sama, co ostatnio, miła kelnerka How-are-you-getting-on-pet), potem na spacer przez Tholsel St. (dwóch gości spotkanych wcześniej na molu śpiewało Dirty Old Town) i cmentarz (zaczepiła nas miaukająca trikolorka, w kościele obok był chyba koncert), zajrzeliśmy też do rupieciarni na Dundalk St., gdzie można kupić wszystko, nawet klęcznik. Wróciliśmy do domu po szóstej i Kult ponownie zaśpiewał Wróci wiosna, baronowo ;)

Od powrotu kręcą mnie zatoki, nie tak mocno jak w piątek, ale to nadal nic miłego, alergię podejrzewam od dawna i nic z tym nie robię, bo nie wiem od czego zacząć. Na koniec dnia obejrzeliśmy lajtowe Yesterday (2019) Danny'ego Boyle'a, niezła muzyka, więc nie była to kompletna strata czasu. Nos powoli się uspokaja, jeszcze słuchamy Ralpha Kamińskiego i Kochany opowiada mi swoje koszmary.

piątek, 6 marca 2020

79. Tym razem żółty.

Mowa o bereciku w kontekście naszego spaceru po Carlingford (na koniec roku był czarny). Jak zwykle w tym mieście zaczęliśmy od spaceru do Aś. Chwilę musieliśmy poczekać, często przyjeżdżamy, gdy akurat ma lunch time :). Potem zaszliśmy na pieczonego ziemniaka do Ruby Ellen. Lubimy te ich filiżanki, każda z innej parafii.



Po obiedzie był port, najpierw przy naszej ławeczce patrzyliśmy na górę w Północnej, potem wolny obchód zamku króla Jana.




Po nadmorskim spacerze wróciliśmy jeszcze raz do Aś, pożegnaliśmy się i jeszcze mała rundka chodzona po mieście w poszukiwaniu nie-wiadomo-czego. Oficjalnie szukaliśmy filiżanek pasujących do naszego ekspresu. W związku z tym weszliśmy np. do tej rupieciarni:


Bardzo interesujące miejsce, którym zawiaduje pan w lokalnym kolorycie. Po powrocie na deser zrobiliśmy binge watching Detektywa (2014). Tym razem już do końca, cztery odcinki za jednym zamachem. Trzyma w napięciu mocno, w związku z czym końcówka pozostawia lekki niedosyt. Atmosfera za to przednia. Koteczek wchodzi i wychodzi, wchodzi i wychodzi, nawet trochę siedzi obok mnie i nie ogląda. Thomas mówił coś dzisiaj, że kawał z niego kociska. Thomas też do ułomków nie należy. I znowu coś je (kocisko). Zapasy się kończą.