Z samego rana zaliczyłam wkurw w pracy: nie mogłam otworzyć kłódki na drzwiach, bo jakaś pinda (domyślam się która) wzięła klucz ze schowka i nie raczyła go oddać, ani nikogo o tym poinformować. W dłuższej perspektywie fuj z tym, ale biegając w poszukiwaniu Krisa-woźnego zapodziałam szary kaszkiet Seebergera i teraz będzie mnie to dręczyło (bo, a co jak to nie było wtedy?).
Ponieważ Kris musiał zabezpieczyć drzwi, a kończył szychtę wcześniej, też skończyłam wcześniej i od razu wsiadłam do podstawionej karocy, która górami i dolinami zawiozła mnie do Carlingford. Na chwilę wpadliśmy do Aś (Wu oczywiście wspomniał o pentagramie, pomimo tego, albo właśnie dlatego, że został uprzedzony, aby jej nie drażnić), zjedliśmy pieczone kartofle u Ruby Ellen's, kopsnęliśmy się na spacer do kościoła cabrio oraz tradycyjnie rupieciarnia lokalna została przez nas odwiedzona (super komodę widziałam, z pewnością stuletnią, gdybym miała kąt do jej upchnięcia, już by była nasza, kosztowała śmiechu warte €140). Również na chwilę odwiedziliśmy Newry, Wu robił po drodze drobne zakupy.
W ten sposób mija ostatni dzień pobytu szwagrowskiego, jutro bracia ruszają z kopyta o bardzo wczesnej porze, najpierw na lotnisko, potem Kochany do pracy. Wieczorem zaczęliśmy rozmawiać o Mistrzu i Małgorzacie, to ulubiona książka Wu, więc się szwagier ożywił, a nawet pojaśniał (przy okazji też skopiował bratu audiobooka w czytaniu Wiktora Zborowskiego). Uścisnęliśmy się na okoliczność życzenia sobie do zobaczenia w najbliższym czasie. I już. Fred śpi, kot się umył i też ułożył do snu, Wu za ścianą podejmuje decyzję czy spać, czy słuchać audiobooka przez całą noc. Mnie jutro czeka gonitwa myśli. Ale na razie odpoczynek w innym wymiarze.
Ja swojej szarej czapki nie odzyskałem. Ale wolę i tak starą, więc stratę przebolałem już dawno.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, jutro jadę do pracy, może coś znajdę, kto wie.
Usuń