Strony

środa, 8 lipca 2020

203. Deszczowy dzień wyborczy.

Skoro już karty wyborcze zostały nam dostarczone, a my zrobiliśmy na nich krzyżyki, nie chcieliśmy dopuścić, aby głosy były nieważne, bo na ten przykład nie doszły na czas do adresata. Budzik przerwał nam błogi sen o ósmej. Jakoś się wykaraskaliśmy obolali po wczorajszych mękach, i po dziesiątej off we went. W deszczowym pyle dotarliśmy do stolicy, samochód został zaparkowany na zakapiorskim parkingu pod Connolly Station i stamtąd w trampach i glanach, pod gigantycznym parasolem, udaliśmy się do poczty głównej, tej obok iglicy na O'Connell St. Lower. Ponad kwadrans czekałam na Freda pod kolumnami, chłonąc miejscowy koloryt (jeden pan rozprawiał na głos oraz śpiewał piosenki). Poza nadaniem listów do konsulatu w planie miałam tylko kupno kijków dla Freda, więc skręciliśmy do najbliższego TK Maxxa, w Ilac Shopping Centre. Zamiast kijków wyniosłam z niego, oprócz bielizny, T-shirt Polo Ralph Laurent (identyczny fason jak ostatnio bakłażanowy w paski, tyle że tym razem paski są biało-khaki) oraz Stanleya, mniejszego braciszka dla naszego termosu, którego używamy w górskich wycieczkach. Teraz będziemy wyposażeni w odpowiednią ilość gorących napojów w każdej sytuacji. Następnie był Eason obok poczty — nie wchodziłam na piętro, zakupiłam dla siebie The Dubliners Joyce'a w wydaniu Pingwina (długo dumałam stojąc przed półką, księgarnia miała tę akurat książkę w ponad dziesięciu wydaniach). Tymczasem Fred po jakimś czasie rozpromieniony spłynął z piętra na którym jest filia Tower Records. Wiadomo dlaczego: dwupłytowa kompilacja The Yardbirds Smokestack Lightning (2012), Rory'ego Gallaghera Top Priority (1979) i Irish Tour'74 oraz dwupłytowe, rocznicowe wydanie Ziggy Sturdust And The Spiders From Mars (2003). Musieliśmy to uczcić obiadem, który nie wypadł nam daleko — na Middle Abbey St. weszliśmy do czegoś, co wydawało się z ulicy małą, wąską knajpą, a w środku rozrastało się jak borsucza nora. W.Plunket, tradycyjny irlandzki pub, wg internetu był tymczasowo zamknięty, w realu był jak najbardziej otwarty, nawet miał wywieszoną wiadomość "wchodźcie, potrzebujemy was", a w środku serwowano pysznego morszczuka na tłuczonych ziemniakach. Zostawiliśmy w nim 40 juro, plus 5 napiwku i najedzeni jak bąki powróciliśmy do tematu kijków. Już się rozwijał plan pomknięcia do Swords, gdy idąc w kierunku parkingu minęliśmy pomnik Joyce'a i na oczy napatoczył się nam sklep Sports Direct na N Earl St. Na jego piętrze Fred znalazł odpowiednie kijki Karrimor, a ja ich dwie pary skarpet z wełny merynosów, full wypas. Akurat w trakcie tych zakupów zadzwonił do Freda Ka, z pytaniem czy mamy plany na wieczór. I już mamy. Wróciliśmy do domu na godzinkę, żeby napić się herbaty i nakarmić kota. Fred w tym czasie zgrał płyty na komputer, ja spisałam wypadki dnia błądząc palcem po mapie. Dublin nadal jest dla mnie chaotyczną plątaniną ulic bez nazw, jak to dla wieśniary.

U Ka&Jot Chemia (2015) Prokopowicza z Żulewską, która ma w sobie miłego zadziora. Pół na pół, dźwięk fatalny. Za to nie mogliśmy się nagadać. I tak, cały dzień jazdy w deszczu, i ostatnia kromka chleba z pasztetem jedzona w pośpiechu po północy. W końcu przyszła mi paczka z zapasami żelu do twarzy Mixy, Anna, dobra dusza odebrała. Kończę kromkę i herbatę, idę upajać się myciem.

4 komentarze:

  1. W kwestii napiwków - ostatnio mnie zadziwiła tradycyjna budka z lodami w kubeczkiem koło kasy opatrzonym napisem "Napiwki mile widziane".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj to dość popularny sposób na dodatkową kaskę dla obsługi.

      Usuń
    2. Za samo podanie loda w wafelku? Lekka przesada.

      Usuń
    3. Do takich kubeczków tutaj lądują drobniaki z reszty. Not a big deal. Nikt nikogo nie zmusza.

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.