Poniedziałek.
Nic specjalnego się nie dzieje, poza tym, że jestem bardzo osłabiona, a w drodze do Ka&Jot odkrywamy, że w Lidlu po kilkumiesięcznej przerwie pojawił się nasz ulubiony chleb z posypką. Oglądamy wieczorem Bandytę Dejczera (1997), świetna muzyka, za dużo teatru. Aaa, i jeszcze z mamą o wyniku wyborów rozmawiałam. ***** ***.
Dziś.
Deszczowo. Znowu mam jakieś osłabienie po śniadaniu. Fred wpadł na pomysł, żeby streścić się z prezentem dla chłopaków, więc pojechaliśmy do księgarni Waterstones w Drołdzie. Jak to się skończyło? A tak to, że kupiłam książkę dla dzieci o niedźwiedziu, który się gapił. I szliśmy pod parasolem. Potem, zamiast do domu, przez Omeath wylądowaliśmy w Carlingford na obiedzie u Ruby Ellen (sałatka z kozim serem). Znowu pod parasolem (na molu drogę przebiegł nam szczur, na szczęście). I w Newry, gdzie kupiłam sobie stanik Triumpha, kolejny cudny, a Fred buty Loake z wyższą cholewką. Do domu wróciliśmy przed siódmą. Mamy nie po kolei w głowie. Nad ranem śniły mi się naleśniki, ale upiekę już jutro. Mąż podsmaża pierogi.
U Wu bez zmian.
Też nadganiam - doczytuję śledzone blogi :)
OdpowiedzUsuńDobrze, że się tutaj pojawiasz :)
Usuń