Na początek dnia zmiana warty przy tabletowaniu naszego futrzaka. Fred owinął go kocem w burrito, metoda działa. Efekt poczynań taki, że pomimo ponownego pójścia spać po drugiej w nocy, przed ósmą byliśmy oboje na nogach. Ryś jest tym razem w lepszym nastroju, figluje i wygląda na zupełnie zdrowego — może wczoraj od lekarstwa bolał go brzuszek. Zrobiłam prasowanie, a mąż w tym czasie pojechał na krótkie zakupy, bo nie mieliśmy już ozdobnej kory, którą wypadałoby uzupełnić braki w ogródku. Fred wrócił z bukietem róż, pęczkiem rzodkiewek i śmiesznym, bąblastym, różowym krzaczkiem. Pernettya mucronata. Wsadziliśmy go do do ziemi razem z echinaceą, żuraweczką alabama sunrise (czytam na blogu, że już takie dwie zasadziliśmy, tymczasem one są teraz zupełnie żółte i niepodobne do tej trzeciej. jestem zdezorientowana), i ciemnoróżową gerberą, która do tej pory świetnie radziła sobie w doniczce. Rysio towarzyszył nam po obiedzie ponad trzy godziny w tych wykopkach, obsikując krzaczki i zagadując sąsiadów. Więc ... jesteśmy skonani i z poważnym postanowieniem szybkiego snu. Wieczorem skończyłam wieloletnią, bolesną lekturę Sagi Puszczy Białowieskiej Simony (Marginesy, 2016). Mogę stwierdzić, że skurwienie ludzkie nie dotarło jeszcze do swoich granic.
Róże z jakiejś okazji, czy tak bez powodu, z samej chęci?
OdpowiedzUsuń