Na jeden raz połknęłam dzisiaj książkę Simony Serce i pazur. Opowieści o uczuciach zwierząt (Marginesy, 2019) z emocjami mieszanymi. Z jednej strony nie lubię zdań typu "był taki badacz", bo ja chcę znać nazwisko badacza. Niucham wtedy copywriting, niuch, niuch. Z drugiej strony podobają mi się przemyślenia o wyrażaniu radości, zabawie, gniewie, mam też na uwadze, że tekst jest zbiorem radiowych gawęd, które brzmiały o tyle lepiej czytane przez samą autorkę. Dodatkowo, książkę kupiłam w zeszłym roku w Tykocinie, w sklepie przy synagodze, i podoba się mi ta myśl.
Rodzice się mają dobrze, mama wynalazła kolejny francuski kredens, a tatko służył Maciusiowi za drapaka. Dzień minął mi błyskawicznie, bez wychodzenia, tylko z machaniem Fredowi na pożegnanie (znowu Belfast, jutro również). Fred miał w nocy paskudny sen, a ja to nie wiem, ale na pewno kręciłam się w ciemności po kuchni.
Szarówka, noc wydawała się zapadać już po drugiej po południu. Na łydkach nadal mam opaleniznę z lipcowej wspinaczki na Slieve Binnian. Z półki wzięłam właśnie Pod mocnym aniołem Pilcha (Świat Książki, 2012) — nawrócenie na czytanie pozwala mi się poczuć mniej bezużyteczną.



