Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simona Kossak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simona Kossak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 listopada 2020

347. Słowo pisane.

Na jeden raz połknęłam dzisiaj książkę Simony Serce i pazur. Opowieści o uczuciach zwierząt (Marginesy, 2019) z emocjami mieszanymi. Z jednej strony nie lubię zdań typu "był taki badacz", bo ja chcę znać nazwisko badacza. Niucham wtedy copywriting, niuch, niuch. Z drugiej strony podobają mi się przemyślenia o wyrażaniu radości, zabawie, gniewie, mam też na uwadze, że tekst jest zbiorem radiowych gawęd, które brzmiały o tyle lepiej czytane przez samą autorkę. Dodatkowo, książkę kupiłam w zeszłym roku w Tykocinie, w sklepie przy synagodze, i podoba się mi ta myśl.

Rodzice się mają dobrze, mama wynalazła kolejny francuski kredens, a tatko służył Maciusiowi za drapaka. Dzień minął mi błyskawicznie, bez wychodzenia, tylko z machaniem Fredowi na pożegnanie (znowu Belfast, jutro również). Fred miał w nocy paskudny sen, a ja to nie wiem, ale na pewno kręciłam się w ciemności po kuchni.

Szarówka, noc wydawała się zapadać już po drugiej po południu. Na łydkach nadal mam opaleniznę z lipcowej wspinaczki na Slieve Binnian. Z półki wzięłam właśnie Pod mocnym aniołem Pilcha (Świat Książki, 2012) — nawrócenie na czytanie pozwala mi się poczuć mniej bezużyteczną.

niedziela, 30 sierpnia 2020

257. Pracowita niedziela.

Na początek dnia zmiana warty przy tabletowaniu naszego futrzaka. Fred owinął go kocem w burrito, metoda działa. Efekt poczynań taki, że pomimo ponownego pójścia spać po drugiej w nocy, przed ósmą byliśmy oboje na nogach. Ryś jest tym razem w lepszym nastroju, figluje i wygląda na zupełnie zdrowego — może wczoraj od lekarstwa bolał go brzuszek. Zrobiłam prasowanie, a mąż w tym czasie pojechał na krótkie zakupy, bo nie mieliśmy już ozdobnej kory, którą wypadałoby uzupełnić braki w ogródku. Fred wrócił z bukietem róż, pęczkiem rzodkiewek i śmiesznym, bąblastym, różowym krzaczkiem. Pernettya mucronata. Wsadziliśmy go do do ziemi razem z echinaceą, żuraweczką alabama sunrise (czytam na blogu, że już takie dwie zasadziliśmy, tymczasem one są teraz zupełnie żółte i niepodobne do tej trzeciej. jestem zdezorientowana), i ciemnoróżową gerberą, która do tej pory świetnie radziła sobie w doniczce. Rysio towarzyszył nam po obiedzie ponad trzy godziny w tych wykopkach, obsikując krzaczki i zagadując sąsiadów. Więc ... jesteśmy skonani i z poważnym postanowieniem szybkiego snu. Wieczorem skończyłam wieloletnią, bolesną lekturę Sagi Puszczy Białowieskiej Simony (Marginesy, 2016). Mogę stwierdzić, że skurwienie ludzkie nie dotarło jeszcze do swoich granic.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

230. Niespodziewanie poniedziałek.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio był rozdzialik Sagi, ale dzisiaj otworzyłam na Déjà vu, o tym jak w 1937 w Białowieży Mościcki polował z Goeringiem. Ludzie, kurwa, ja pierdolę. Dziewięć stron. Niedługo skończę, niedługo. Simona też miała nerwa jak to pisała, z pewnością.

Dla poprawienia nastroju zaczęłam czytać historię o alkoholizmie (dla poprawienia nastroju, zaznaczam). Najgorszego człowieka na świecie Małgorzaty Halber (Znak, 2015) pykniem szybko, tak czuję.

Fred skosił trawę, i wysadziliśmy do ziemi lawendę, która do tej pory zajmowała podłużną, ceramiczną donicę przy drzwiach wejściowych męcząc się w niej cholernie. Gdzieś w głowie oboje mieliśmy wgrane, że małżonek wieczorem na basen, potem zakupy i ćwiczenie kierownika. Ale basenu nie dało się już zarezerwować i dopiero w drodze uzmysłowiliśmy sobie dlaczego. Bank holiday. Stąd te dzikie tłumy wczoraj w Carlingford i dzisiaj na mieście. Pojechaliśmy na zakupy pod wieczór, więc tłumy Hunów minęliśmy bokiem. Kupiłam Fredowi sympatyczne spodnie w TK Maxxie. Poza tym to ja kierowałam spod Drołdy do domu. Jeżdżę jak ciaptak, ale skutecznie. Czasu sobie nie liczyłam, na razie Kubica ze mnie żaden i nie planuję aspirować.

sobota, 20 czerwca 2020

186. Niewyspanie, rocznica, sztorm.

Wczoraj, czyli dzisiaj, nie mogliśmy zasnąć. Po skończeniu Trzech panów wróciłam do biografii Ciechowskiego Stelmacha porzuconej w zeszłym roku po pierwszym znurzeniu kilkudziesięcioma stronami lektury. Tak zeszło do wpół do drugiej w nocy. Fred siedział nad laptopem do trzeciej, potem wierciliśmy się oboje w łóżku, aż po nosach zaczął nas smyrać świt.

Pogoda jest zdradliwa, za oknem słoneczko, ale krótko po tym jak wstałam zaczął wiać bardzo nieprzyjemny wiatr. Przed południem Fred wyjrzał przez okno w kuchni i odkrył, że Katlin i Majk obchodzą złote gody — nad ich oknem wisiała taka informacja wypisana wielkimi literami. Skoczyliśmy do Termon, bo na szczęście od poniedziałku jest już otwarty lokalny gift shop. Wybraliśmy dla nich dyfuzor do olejków eterycznych w kształcie zmieniającej kolory lampy (Newgrange Living) i olejek o zapachu trawy cytrynowej. Wręczyliśmy im prezent od razu po powrocie, zastając tam przy okazji najmłodszą siostrę Katlin, która też wpadła z prezentem. Oczywiście musieliśmy posiedzieć w salonie na little chat o wszystkim.

Wiatr przerodził się w sztorm, który skutecznie unieruchomił nas w domu, zacina od południa, szeroko, przez cały kraj. Ryś po raz kolejny mnie zdumiewa ... wiedział o tym sztormie od samego początku, gdy tylko przyszedł z rana mnie obudzić w celu konsumpcji paszteciku. Po posiłku, zamiast zwyczajowego spaceru, zasiadł na parapecie i wpatrywał się w śliczne, prawie bezchmurne niebo. Poszedł spać na łóżko i dopiero po lunchu poprosił o otworzenie drzwi. Gdy południowy wiatr zawiał mu prosto w pyszczek, plany na popołudnie zostały przypieczętowane. W twarz?! Mówię wam, idzie sztorm, a ja idę spać.

Wczoraj łudziłam się, że zakończę Sagę puszczy, czytanie o podłości ludzkiej mnie jednak przerasta. Tylko Ochrona, zostało kilkanaście rozdzialików, codziennie poczytam tyle, ile dam psychicznie rady. Za to Lżejszy od fotografii (WL, 2018) zaciekawiła mnie, skończyłam podrozdziały 42-37. Mam nadzieję, że infantylność wypowiedzi córki Ciechowskiego, która spowodowała, że odłożyłam biografię na tak długo, nie pokona mnie za szybko. W czasie lektury mała przerwa na eklerka i cup cake, które po szóstej Majk przyniósł nam z rodzinnej imprezki przeskakując między kroplami sztormowego deszczu. Wiatr ma się nasilać do północy.

niedziela, 29 marca 2020

102-103. Weekend epidemiczny.

Sobota.
Od piątku, gdy wychodzimy na dwór, czuję wyraźny zapach obornika. Prace polowe zaczęły się na dobre. Varadkar ogłosił nowe obostrzenia w związku z koroną. Nie wolno oddalać się na więcej niż 2 km od domu, chyba, że w sprawach życiowych, jak zakupy lub wizyta w szpitalu. Ma to  pewnie powstrzymać migrację zarazy z miast na prowincję. Wiadomość o nocnym głosowaniu w polskim Sejmie tak mnie podminowała, że dałam programowi 2 PR dwie minuty i przerzuciłam się na BBC2. Nastrój ratował mi Graham Norton, Irlandczyk w brytyjskim radiu. Silver lining musi być. Wróciłam też do lektury Sagi Puszczy Białowieskiej Simony Kossak dokładnie tam, gdzie się rozstałyśmy w zeszłym roku — zaczęłam od rozdziału o sokole królewskim. Jestem rozgrzana, czyta mi się teraz o wiele lepiej. Jak i raz trafiłam na opis przypadku dżumy w wieku XVIII (nazywano ją Ona). Z Fredem obejrzeliśmy online Praskie si-fi Teatru Powszechnego. Bardzo rozczarowujące, trzy razy sądziłam, że coś zacznie się dziać i nic się nie zadziało. Pożytek taki, że sprawdziłam, gdzie w Warszawie jest ulica Tarchomińska.

Niedziela.
Przestawiam zegarek na czas letni i może to nie jest mocne usprawiedliwienie, ale obudziłam się przed południem, a śniadanie zjedliśmy o pierwszej. Jak u Czubaszek: parówki z chrzanem. Plany: spacer i książka. Przebukowałam nasze bilety do Polski na końcówkę czerwca wyrażając tym umiarkowany optymizm.
___
edit 22:10




Rekonesans króciutki, gdyż morze dmuchało nam pianą w twarz. Z wieści telefonicznych: ciocia eR nawróciła się na pisizm. Z wieści ogólnoświatowych: pani Kidawa zawiesiła kampanię prezydencką, a pan Penderecki wziął i umarł. Na zakończenie tego krótkiego dnia obejrzeliśmy Lekarstwo na miłość (1966), adaptację kryminału Chmielewskiej z dyszącą Jędrusik. Kiedyś wydawało mi się lepsze, mniej drażniło mnie ówczesne political correctness i kobiety-idiotki.