Strony

środa, 9 września 2020

267. Zleciał mi dzień ...

... nie wiem na czym. Wyrazisty jest głównie poranek. Obudziła nas smutna kocia piosenka pt. miau i telefon od teściowej z życzeniami na drugi rok szczęścia i pomyślności. Ja także z nią chwilę rozmawiałam i po nowinach jakoby z pandemii wynikało, że ktoś się sposobi do przejęcia władzy nad światem, rozbudziłam się już zupełnie. 

Akurat kończyłam jeść śniadanie, gdy dostałam wiadomość od Anne. Mallen, jej tłuściutki, biały kot, nie wrócił do domu po nocy. Zaproponowałam sąsiadce rundkę chodzoną po osiedlu. Obeszłyśmy tu i tam, raz czy dwa zmyliły nas białe grzyby rosnące na osiedlowych trawnikach. Tak mnie spacer rozruszał, że postanowiłam sama (Fred po nocnej szychcie nadal odpoczywał) iść na spacer nad morze. Pogoda na to była w sam raz, niby wiało, ale morze było spokojne, na plaży leżały dziesiątki ciał jesiennych, brązowych meduz wielkości pizzy. Po powrocie do domu (było trochę po południu) patataj patataj. Gdy kończyliśmy jeść obiad i podnosiłam telefon, żeby zapytać, co z kotem, dostałam wiadomość, że jegomość właśnie szczęśliwie powrócił ze Zgubienia. Patataj patataj, Fred wyjechał do Swords, ja podlałam więdnące kwiatki i potem to już nie wiem. Właśnie to powiedziałam mężowi, gdy po zmroku do mnie zadzwonił — nie wiem, co zrobiłam ze środą, ale prawie cała jest zużyta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.