Strony

sobota, 26 września 2020

284. Sen i jawa.

Szłam po śniegu do przystanku autobusowego, od czasu do czasu zastanawiając się czy wzięłam buty (w tym śnie kilkakrotnie pakowałam się na podróż do domu). Czasami były to okolice czerwonego bloku, identycznego do tego w jakim mieszkali moi dziadkowie. Pod takim blokiem gładziłam zieloną trawę dłonią, szukając ukrytej odpowiedzi. I znalazłam, to był list-igła, który przekazywał mi wiadomość od człowieka do którego tęskniłam. Nie tylko ja do niego pisałam, An też zostawiała rozpaczliwe prośby o kontakt. Czytając widziałam go jak się oddala, przechadza się spokojnie po zamglonych ulicach,  okryty tylko płaszczem z liści. W tym śnie wątkiem pobocznym, o którym wiedziałam, że to wątek poboczny, była drużyna sportowa, która przegrała, bo wszyscy w niej palili trawkę. I jeszcze, koleżanka z byłej pracy przygotowując się do zajęć-projektu, który ma się odbyć za godzinę, rozlewała do talerzy biały budyń.

W realu zaś dziś tak samo jasno, ale nieco cieplej. Po późnym śniadaniu, przed równie poźnym obiadem Fred łapie nagle glany i postanawia, że idzie. Idę więc razem z nim na plażę i jest pięknie (Fred ma dzisiaj zawroty głowy i pije herbatkę z melisą). Rysio czuje się dobrze. Z powodu zimnych nocy i tak zamykamy okno w sypialni, nie zamykamy za to drzwi i kot wędruje po całym domku, znajduję go więc rano wtulonego w nasze nogi i cieszą mnie takie powroty do dawnych, pokrzepiających zwyczajów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.