Zasnęłam dopiero po pierwszej, o piątej trzeba było wstać, zgroza. Jestem niewyspana, więc od razu mam negatywne myśli o stanie rzeczywistości, choć od wczoraj nic się przecież nie zmieniło. Ogarniamy się, mało jemy, mało pakujemy, wyjeżdżamy. Na autostradzie takie uśmiechające nas widoki:
Krowy na moście dla krów (wiec się nie dziwię, tylko zachwycam), akurat przechodziły do dziennego pastwiska. Na drugim moście z kolei zauważyłam dwie panie (twarze omotane) z flagami Palestyny (no przecież ledwie słonko wstało, zimno, myślę). Nie zdążyłam zrobić fotki, bo akurat słuchaliśmy z telefonu Małomiasteczkowego Podsiadły (oraz sporo innej polskiej muzyki, w rodzaju Koteluk czy Mikromusic). Kolejka na lotnisku była niewielka, prawie żadna, oboje zabuczeliśmy na bramce i błyskawicznie przeszliśmy do strefy bezcłowej. Kochany zauważył nową kawiarnię trzeciej fali, Blue Bird (w menu kawa nitro, więc przysiedliśmy na chwilę; Fred stwierdził, że pił już lepsze kawy nitro, ba, byłam tam, wiem ososięrozcho ;)).
Wylot o czasie. Siedzieliśmy oddzielnie, ale oboje mieliśmy sporo miejsca na nogi, pierwszy raz siedziałam w fotelu 1a, podczas gdy Fred relaksował się na skrzydle. Po raz któryś zaobserwowałam widmo Brockenu (dla odmiany przy podchodzeniu do lądowania w Polsce, ciekawe).
Najpierw musieliśmy się przemieścić po Breslau, autobus 106 dowiózł nas pod Główny, w czasie drogi Kochany kupił przez Internet bilet na szynobus, więc i tutaj nie mieliśmy żadnej obsuwy czasowej, szczęściarze. Zaskoczenie: nieintencjonalnie siedliśmy naprzeciwko siostry An. Nigdy wcześniej jej nie widziałam, ale zanim odebrała telefon wiedziałam, że to ona, podobna mimika, podobny styl ubierania się na lamperię.
Na dworcu powiatowym, czecia czydzieści, wpadliśmy na mamę i we czwórkę (tatko czekał w samochodzie) pojechaliśmy na obiad do chińczyka. Makarony, ryże, indyki, bambusy, tofu, wszystko pyszne, jako się należy, jemy, aż się z uszu kurzy.
W domu pod lasem Komitet powitalny zacny: najpierw Mruczysław, potem Maciej, w drzwiach Filemon, w domu Rózia, Maksiutek, Rozalka. I cała reszta. Niuniasia przyszła się poniuniać, schudła, idzie jej rok piętnasty. Wygłaskałam też małą Zosię. Rodzice dostali swoje prezenty (mama ponczo, tatko koszulę).
Okazało się, że książki doszły. Jedna od Stokrotki, i dwa tomy od Saguli.
W sieci mnóstwo zdjęć zorzy nad naszą wsią (z zeszłej nocy; pewnie będę musiała pojechać do Norwegii, żeby to zobaczyć, duh). Po dużym obiedzie na mieście nie mamy już siły na kolację, ot zalegamy, rozmawiamy, zerkamy, głaskamy. Przed dziesiątą jesteśmy gotowi do snu.






