Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą An. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą An. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2024

1760. Wylot/przylot.

Zasnęłam dopiero po pierwszej, o piątej trzeba było wstać, zgroza. Jestem niewyspana, więc od razu mam negatywne myśli o stanie rzeczywistości, choć od wczoraj nic się przecież nie zmieniło. Ogarniamy się, mało jemy, mało pakujemy, wyjeżdżamy. Na autostradzie takie uśmiechające nas widoki: 

Krowy na moście dla krów (wiec się nie dziwię, tylko zachwycam), akurat przechodziły do dziennego pastwiska. Na drugim moście z kolei zauważyłam dwie panie (twarze omotane) z flagami Palestyny (no przecież ledwie słonko wstało, zimno, myślę). Nie zdążyłam zrobić fotki, bo akurat słuchaliśmy z telefonu Małomiasteczkowego Podsiadły (oraz sporo innej polskiej muzyki, w rodzaju Koteluk czy Mikromusic). Kolejka na lotnisku była niewielka, prawie żadna, oboje zabuczeliśmy na bramce i błyskawicznie przeszliśmy do strefy bezcłowej. Kochany zauważył nową kawiarnię trzeciej fali, Blue Bird (w menu kawa nitro, więc przysiedliśmy na chwilę; Fred stwierdził, że pił już lepsze kawy nitro, ba, byłam tam, wiem ososięrozcho ;)).

Wylot o czasie. Siedzieliśmy oddzielnie, ale oboje mieliśmy sporo miejsca na nogi, pierwszy raz siedziałam w fotelu 1a, podczas gdy Fred relaksował się na skrzydle. Po raz któryś zaobserwowałam widmo Brockenu (dla odmiany przy podchodzeniu do lądowania w Polsce, ciekawe).

Najpierw musieliśmy się przemieścić po Breslau, autobus 106 dowiózł nas pod Główny, w czasie drogi Kochany kupił przez Internet bilet na szynobus, więc i tutaj nie mieliśmy żadnej obsuwy czasowej, szczęściarze. Zaskoczenie: nieintencjonalnie siedliśmy naprzeciwko siostry An. Nigdy wcześniej jej nie widziałam, ale zanim odebrała telefon wiedziałam, że to ona, podobna mimika, podobny styl ubierania się na lamperię.

Na dworcu powiatowym, czecia czydzieści, wpadliśmy na mamę i we czwórkę (tatko czekał w samochodzie) pojechaliśmy na obiad do chińczyka. Makarony, ryże, indyki, bambusy, tofu, wszystko pyszne, jako się należy, jemy, aż się z uszu kurzy.

W domu pod lasem Komitet powitalny zacny: najpierw Mruczysław, potem Maciej, w drzwiach Filemon, w domu Rózia, Maksiutek, Rozalka. I cała reszta. Niuniasia przyszła się poniuniać, schudła, idzie jej rok piętnasty. Wygłaskałam też małą Zosię. Rodzice dostali swoje prezenty (mama ponczo, tatko koszulę).


Okazało się, że książki doszły. Jedna od Stokrotki, i dwa tomy od Saguli.

W sieci mnóstwo zdjęć zorzy nad naszą wsią (z zeszłej nocy; pewnie będę musiała pojechać do Norwegii, żeby to zobaczyć, duh). Po dużym obiedzie na mieście nie mamy już siły na kolację, ot zalegamy, rozmawiamy, zerkamy, głaskamy. Przed dziesiątą jesteśmy gotowi do snu.

środa, 28 grudnia 2022

1108. Spakowana.

Śniła mi się An, zaprosiłam ją w tym śnie na kawę, ale nie mogłyśmy porozmawiać, bo dosiadła się do nas grupa hałaśliwych nastolatków. Skąd An? Może chodzi o wczorajszą rozmowę z Fredem.

Osówka Dolna, działka 314A (mama znalazła ją na mapie). Spłachetek ziemi należący kiedyś do pradziadka ze strony taty, zarośnięty, wyglądający na bezpański. 

Nadal się byczę i wędruję po przeszłości. Poiroty i Colombosy. Oglądam domy na sprzedaż w hrabstwie Cork. Idziemy z mamą i Maksiem na spacer (krótki, bo jest zimno, poza tym przy lesie znajdujemy świeże ślady racic). Obiad pyszny (zupa buraczkowa z kartoflami). Po zmroku stoję z tatą na podwórku, nasłuchujemy wiatru od lasu. Walizka już spakowana.

niedziela, 4 lipca 2021

564-565. Przez weekend.

Z wydarzeń sobotnich tylko szybka wizyta u Ka przy okazji zakupów w mieście. Zawieźliśmy prezent i torta, posiedzieliśmy przy kawie. Trzeba było wracać do domu na obiad, bo Fred miał w planach nocną zmianę w Athlone. Mąż zapowiadał mi nawet, że jeśli nie skończy przed czwartą rano, to zostanie już w mieście (dzisiaj ma pracę w tym samym miejscu). Na szczęście zmiana nie była długa i Kochany mógł się wyspać we własnym łóżku.

Wczoraj wieczorem rozmawiałam długo z Luś. Przyjaciółka metodycznie wpadła na An w mieście, An oczywiście tłumaczyła się, że nie odbierała jej (kilkunastu telefonów przez dwa lata), bo nie zauważyła, że ta dzwoniła.

Na zakończenie soboty zaczęłam oglądać czwarty sezon Midsomer Murders, pierwszy odcinek z sześciu. Dzisiaj przy drugim śniadaniu pochłonęłam drugi, po obiedzie, gdy Fred był już w drodze, trzeci, The Electric Vendetta (2001), nie najmądrzejszy, albo chodzi o to, że mój mózg ma dość na dzisiaj. Weekend kończy się ciepłym deszczem. Na wiesce cicho i jeszcze jasno o tej porze, a ja idę czytać Muminki ;)

sobota, 26 września 2020

284. Sen i jawa.

Szłam po śniegu do przystanku autobusowego, od czasu do czasu zastanawiając się czy wzięłam buty (w tym śnie kilkakrotnie pakowałam się na podróż do domu). Czasami były to okolice czerwonego bloku, identycznego do tego w jakim mieszkali moi dziadkowie. Pod takim blokiem gładziłam zieloną trawę dłonią, szukając ukrytej odpowiedzi. I znalazłam, to był list-igła, który przekazywał mi wiadomość od człowieka do którego tęskniłam. Nie tylko ja do niego pisałam, An też zostawiała rozpaczliwe prośby o kontakt. Czytając widziałam go jak się oddala, przechadza się spokojnie po zamglonych ulicach,  okryty tylko płaszczem z liści. W tym śnie wątkiem pobocznym, o którym wiedziałam, że to wątek poboczny, była drużyna sportowa, która przegrała, bo wszyscy w niej palili trawkę. I jeszcze, koleżanka z byłej pracy przygotowując się do zajęć-projektu, który ma się odbyć za godzinę, rozlewała do talerzy biały budyń.

W realu zaś dziś tak samo jasno, ale nieco cieplej. Po późnym śniadaniu, przed równie poźnym obiadem Fred łapie nagle glany i postanawia, że idzie. Idę więc razem z nim na plażę i jest pięknie (Fred ma dzisiaj zawroty głowy i pije herbatkę z melisą). Rysio czuje się dobrze. Z powodu zimnych nocy i tak zamykamy okno w sypialni, nie zamykamy za to drzwi i kot wędruje po całym domku, znajduję go więc rano wtulonego w nasze nogi i cieszą mnie takie powroty do dawnych, pokrzepiających zwyczajów.

wtorek, 25 sierpnia 2020

252. Problemy rysiowe.

Teściowie czują się lepiej, nawet kilka razy poszli na spacer nad Wisłę (tyle tylko, że teść głuchnie i nie może rozmawiać przez telefon). To pozytywna rzecz, którą chcę zapisać, bo poza tym jestem pełna niepokoju. Ryszard cały wczorajszy dzień spędził śpiąc, wyszedł po kolacji i tej nocy nie mogłam się go już przez wzmagający się wiatr dowołać. Zupełnie niespodzianie dla mnie w środku nocy nadszedł kolejny w tak krótkim czasie sztorm imienny, Francis (przegapiłam ostrzeżenia opublikowwne przez Met Éireann, o czym sąsiadka uświadomiła mnie dopiero po południu). Fred wrócił po północy, opowiedział mi że kilka metrów od naszego osiedla widział wędrującego borsuka i że martwi się o Rysia. Kota ominęło podwójne śniadanie, co jest już wystarczającym powodem do niepokoju w przypadku tego obżartego pączka i gdy nie pojawił się przed dwunastą zamierzaliśmy go szukać.  Miły wstał więc o wiele wcześniej niż trzeba, bo i tak nie mógł spać ze zmartwienia, i poszukiwania rozpoczął od ogródka na tyłach. Okazało się, że Rysio siedzi w swojej budce, przyszedł powoli do domu i zjadł lunch, co uśpiło moją czujność. Poprosiłam tylko Freda, żeby zabukował weta na najbliższy możliwy termin. Kiedy mąż po obiedzie wyjechał do pracy i miałam czas przyjrzeć się kotu dłużej, stwierdziłam, że nie jest dobrze. Ryszard leżał, ale nie spał, ciężko oddychał, pomrukiwał boleściwie, stwierdziłam, że może dostaję pierdolca ze zbyt dużej ilości wolnego czasu, ale muszę się tym z kimś podzielić. W efekcie po piątej znalazłam się przed budynkiem kliniki weterynaryjnej, z Anne, która pożyczyła mi transporter i litościwie podwiozła. Nie wydawało mi się. Ryszard zostaje na noc w klinice, a miły, starszy wet liczy, że to coś jak zapalenie płuc, bo na to ma lekarstwa. Jeśli kot jakoś zniesie noc, jutro może zrobią mu prześwietlenie. Bardzo się martwię, odechciało mi się wszystkiego.

niedziela, 16 sierpnia 2020

243. Gloomy Sunday.

Wewnątrz i na zewnątrz. Na zewnątrz Rysio konsumuje ptaszka, którego przyniósł sobie z wioski. Na zewnątrz po jedenastej wieczorem chmury forsforyzują nad miasteczkami i skraplają się na szybie samochodu, gdy wracamy do domu. 

Byliśmy u Ka&Jot, którzy rozweselali nas zdjęciami z wakacji na Litwie i obejrzeli z nami Pralnię (2019) Soderbergha. Intencje zacne, serca to dzieło niestety nie porywa, pomimo Streep. Sam pobyt poza domem był zbawienny, stopa na gaz i smutki nie dają rady utrzymać się za długo na karoserii.

środa, 12 sierpnia 2020

239. Ponownie środek tygodnia, lepki jak wata cukrowa.

Zamówiłam szkła kontaktowe, nie noszę ostatnio za często, ale chcę się przygotować na lepsze, bardziej zajęte czasy. 

Pomimo szarówki przez cały dzień jest niesamowicie ciepło, powietrze po prostu stanęło. Fred wziął się za skręcanie ogrodowego stolika, i prosz bardzo:

I tak sobie siedzieliśmy na widoku sącząc bezalkoholowe trunki. Było bardzo miło, bardzo po mojemu. Kot Ryszard ukontentowany wyszedł z sypialni i też włączył się w życie rodzinne:

___
Czekając na Freda w samochodzie zaparkowanym przy basenie zaczęłam czytać nową książkę, Rok królika Joanny Bator (Znak, 2016). Mogłabym tak pisać. Zapowiada się ciekawie. 

Prowadziłam dzisiaj spod Drołdy do Dundalk i po zatankowaniu paliwa z powrotem do domu, już w ciemnicy. Gdy wyszliśmy z auta, zawinął naokoło nas pierwszy tego dnia, ożywczy wietrzyk. Dom jest jednak nadal nagrzany, ciężko będzie spać. 

niedziela, 26 lipca 2020

221-222. Schowani w domu.

Sobota.
Dzień, w którym mrocznym popołudniem tęcza powstała na wschodzie, a Fred myjąc zęby zastanawiał się, jak będzie brzmiała Wielka miłość do babci klozetowej Big Cyca rozpisana na skrzypce.

Niedziela.
Przed południem zadzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że jest na facebooku transmisja mszy ze starym ksiundzem — może to babcię zainteresuje i rozweseli. Poza tym spokój i życie wg planu. Po obiedzie (dorsz, frytki z batatów, zielona fasolka) Fred jedzie na basen na siedemnastą, pomykam z nim, żeby po jego treningu pojeździć z 45 minut na pustym parkingu. W międzyczasie byłam w TK Maxxie, kupiłam zalotkę i z trampka udałam się w kierunku basenu. Od wielu dni jest pochmurno, ale i ciepło, więc spacer był bardzo przyjemny. Idąc wracałam myślami do wymiany informacji z Luś na fejsie — na jej zaczepki An też nie reaguje, nie wiemy, co się dzieje w jej głowie, i nie mamy kogo zapytać. Życzenia imieninowe wysyła do An mój były — nie widzę tego, bo jestem przez niego (a raczej nią) zablokowana, ale widzi to Luś i informuje mnie o tym z odrazą (cokolwiek kiedyś zrobił Dżi, zmarnował u niej szansę na pierwsze dobre wrażenie). Gdyby nie seria spokojnych decyzji, nieomal nonszalanckich, z rękami w kieszeniach, tkwiłabym tam nadal, w fermencie szkoły i kwasie prowincjonalnych rozgrywek. A tak mam trampki, tysiące kilometrów "gdzie indziej" idę otworzyć samochód swoim kluczem, chwilę jeszcze czekam na Freda. Po robieniu esów floresów na parkingu przed TK Mmaxxem, zjechaliśmy do domu i przy okazji odbyliśmy krótki chit-chat z Katlin i Majkiem. Majk przewiózł Freda swoim nowym Bentleyem (na poczet zakupu sprzedał Mini, Dodge'a Challengera i Harleya), ja pochwaliłam się Rysiem Pogromcą Szczurów. Cieszę się, że nasi sąsiedzi mają tego Bentleya — przed nimi kolejny rajd charytatywny, jeśli się odbędzie, zostaniemy ich sponsorami!

piątek, 24 lipca 2020

220. Ostatni piątek lipca.

Pod wieczór niebo ciemnieje, deszcz spokojnie podlewa nasz ogródek. An nie odezwała się, tak jak przewidywałam. Fred miał zabukowany basen na dwudziestą, pojechałam z nim, żeby potem móc pokręcić się naszym samochodem po pustym parkingu przed TK Maxxem. Jeżdżę jak sierota. Będzie lepiej.

Nie wierzę! W Polsce znowu potrzeba jest protestów kobiet. Kiedy i jak skończy się ta paranoja?

czwartek, 23 lipca 2020

219. Przestój 2.

Po przebudzeniu uświadamiam sobie, że Paweł, kolega z LO, gdyby żył, właśnie obchodziłby kolejne urodziny. Przedpołudniowa telefoniczna rozmowa z tatą i babcią trochę mnie podminowała. Tęsknię za nimi, fuck you covid-19! Z pozytywów, Rózia the Kot serducho ma na tyle ok, że może mieć zabieg u dentysty — odbędzie się to pewnie w następnym tygodniu. Pogodowo dzień nie różni się od poprzedniego, chmury, ciepło, nastrój burzowy. Fred jedzie na drugą na basen, więc obiad jemy po jego powrocie. Jaskółki od Judżina, które gnieździły mu się za lampą nad drzwiami wejściowymi, już odchowane, ich gniazdo właśnie wylądowało sąsiadowi na wycieraczce. Wieczorem telekonferencja z Luś, wałkowałyśmy temat An, stąd postanowienie, aby jutro do niej zagadnąć, sprawdzić jak tam z jej głową.

środa, 11 marca 2020

85. Nie ma lekko.

Słoneczny poranek zamienił się w deszczowe popołudnie. Z Polski doszły nas hiobowe wieści, że wszystko się zamyka z powodu korony. Szkoły od jutra nie pracują, ale mama i tak musi iść, żeby w biurze na komputerze grać w mahjong. O naszą prowincję też coś zaczyna się obijać, Katlin zagadała o tym z mężem — kto może, pracuje zdalnie. Z wieści radosnych: przyznali mi allowance, płatny w każdy wtorek od następnego tygodnia, z wyrównaniem od końca grudnia. Tylko muszę się podpisać pod koniec miesiąca na liście, akurat wtedy, gdy wg planów będę w Polsce. Od razu pochwaliłam się Fredowi, który chyba właśnie kończył przerwę na lunch w Północnej. Z obiadem poczekam do wieczora, mam nadzieję, że Miły szybko wróci. Aj, deszcz zaczął groźnie walić o szyby i zapadł zmrok ... jakaś wiosenna buka.
___
edit 16:51 Włączyłam lampę od Katlin — tego nam właśnie tu brakowało. I kaffka z ekspresu. Optymalnie jest.
___
edit 23:00 Jak ci dobrze, to wiedz, że może być gorzej. Się cieszyłam z allowance'u, a tu się okazuje, że sprawa jest bardziej komplikejtyd, i jak nie przyjdzie drugi papier, to i tak nic nie wiem. A przyjdzie to to via snail mail. Poza tym weszłam sobie pod wpływem chwili na wagę. W czasie obiboctwa przybyło mi po kilogramie na miesiąc. Oczywiście wiem, że ten zacny cyc nie bierze się z powietrza, ale jakbym tak mogła troszkę uszczknąć z ud ... zresztą whatever. Miły wrócił o dziewiątej. Z rzeczy zabawnych: Rysio po zjedzeniu paszteciku, dwukrotnie odmówił wyjścia na dwór, głęboko wzburzony w swym kocim jestestwie całą tą bukową sytuacją na zewnątrz. Teraz leży w ciemnej sypialni i cierpi w milczeniu.

niedziela, 12 stycznia 2020

26. Dzień jak co dzień, także Darwina.

Nie pamiętam już dokładnie gdzie kupiłam, ale z ostatniego wyjazdu do Polski przywiozłam zieloną herbatę liściastą o nazwie Święty Mikołaj. Skład (poza zieloną) cynamon, pomarańcza, jabłko, kardamon, koniczyna, imbir. Dla mnie na pierwszy rzut nosa pachnie gumą do żucia. Że po świętach zaczynam testować? No bother. Zaczepiłam wczoraj An na messengerze, nadal udaje, że nie czyta moich wiadomości, przez internet nie rozmawiałyśmy od 18 sierpnia, aż sprawdzam kiedy widziałam ją ostatnio live — jest na zdjęciach z 17.IX, gdy wróciliśmy z podróży i koleżanki z ex-pracy zapragnęły nas sobie obejrzeć. Luś mi mówiła, że u niej podobnie, ostatni kontakt z An był w okolicach wakacji. Okokonia się. Ciekawe na co teraz choruje. Muszę pilnować własnego nosa, przypominać sobie, że po prostu trudno być nią. A to już nasza skrytożercza pulpecja w przedpołudniowym słońcu:


Chyba ma coś wspólnego ze zniknięciem w nocy ⅓ steka pozostawionego na talerzu w kuchni.

W planach obejrzenie Kropli słońca (1999) z Ralphem Fiennesem w potrójnej roli.
___
edit 20:44 Po tym jak po czwartej Fred pożegnał mnie ciasteczkowym pocałunkiem, poszłam pod prysznic, następnie z mokrymi włosami zabrałam się za oglądanie filmu. Prawie wielki, obejrzany bez znużenia pomimo trzech godzin seansu.

Zarezerwowałam bilety lotnicze na luty. Plany mam niejasne, w cieniu szukania pracy. Po wczorajszej wideokonferencji z mamą wiem, że mam do zabrania siedem filmów na dvd.
___
edit 21:15 Tak cicho na zewnątrz, więc trudno uwierzyć, ale po telefonie Freda sprawdziłam mapę wiatrów. Zbliża się sztorm, ma na imię Brendan.
___
edit 22:23 Od wczoraj gra mi w głowie singiel Voo Voo Się Poruszam (2019). Nie mamy tej płyty na stanie, więc wrzucam najnowszą jaką mamy, 7 (2017). Ludzie jeszcze robią prawdziwą muzykę.

A Kaś Matka Kotom się cieszy, że przylatamy.