Mój najmniej ulubiony miesiąc. Deszcz-słońce-chmury i deszcz. Tak ma się rozkład dnia na tę chwilę. W zasadzie już byłam gotowa do spaceru na plażę, ale zakreśliłam tylko kółko po osiedlu zaniepokojna coraz gęstszym kapuśniaczkiem pocinającym z nieba. Zamiast tego zrobiłam 100 przysiadów i sałatkę ziemniaczaną z jabłkiem i porem oraz dokończyłam ostatecznie serię szerlokową z Brettem. Mam nadzieję, że Fred wkrótce wróci z pracy, tym razem ma kilka zleceń o ludzkiej porze, nadal w Północnej.
___
edit 22:50 Zaczęłam czytać wydanie Dubliners Joyce'a (Penguin Books, 2000), które kupiłam w lipcu w stolicy. Nieźle opracowane, kartki pachną jak w książkach mojego dzieciństwa, pierwsze podejście było przyjemne. Fred wrócił z bukietem róż i jeszcze będąc w mundurze złożył urodzinowe życzenia swojemu tacie, po czy zabrał się za robienie nam obiadu. Zjedliśmy steki. Małżonek zmyka spać, kot też, ja jeszcze suszę włosy.
poniedziałek, 2 listopada 2020
321. Pierwszy poniedziałek listopada.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ooo... dobrze, że mi się przypomniało. W piątek będę musiał złożyć życzenia swojemu.
OdpowiedzUsuń:)
Usuń