Deszczowy dzień spędziłam w całości w domu, po kawie pozwoliłam sobie na małe spa, wzięłam długi prysznic, potem Fred kremował mnie bardzo oddanie (kremowanie zajęło mu mniej czasu niż niezwykle skomplikowane i moralnie dwuznaczne przygotowanie do kremowania). Potem, jeszcze z mokrymi włosami, zrobiłam spis angielskich nazw występujących tutaj powszechnie ptaków (zainspirował mnie mazurek, który spojrzał mi prosto w oczy swoimi czarnymi koralikami, gdy po prysznicu wyglądałam przez okno na ogród). The tree sparrow.
Obiad mieliśmy w dwóch odsłonach. Sos do makaronu, który wczoraj rozmroziłam, nalegał na pilną konsumpcję, podobnie było z otwartym opakowaniem wołowiny. Dla mnie spaghetti z sosem, dla Freda stek z kartoflami.
Po bardzo długich mecyjach wybrałam Fisher Kinga (1991) na piątkowy seans (Fred był na tym w kinie ze swoją pierwszą serious dziewczyną). Dlaczego ja się w zasadzie wtedy nie kochałam w Jeffie Bridgesie? Zrobiliśmy krótką przerwę na telefoniczną rozmowę z Aś, najprawdopodobniej odwiedzimy ją w weekend. Zauważyłam, że filmy z czasów nastolęctwa starzeją się subiektywnie inaczej, gdy nie były wcześniej przeze mnie oglądane. To w kim ja się wtedy kochałam?
Widzę że mieliście dobry obiadek:)
OdpowiedzUsuńCałkiem ok, i to bez wielkich przygotowań :)
UsuńW Valu Kilmerze? :D
OdpowiedzUsuńW nim to chyba wcześniej ;D Pamiętam, że "Willowa" obejrzałam jeszcze będąc w podstawówce.
UsuńO tak, w Willowie był bardzo atrakcyjny :D
Usuń1991 rok to "The Doors" Olivera Stone'a - tam też dobrze wyglądał.
UsuńUwielbiam takie spa, szczególnie w deszczowe dni :)
OdpowiedzUsuń