Przed południem staff meeting na zoomie okazał się spotkaniem z magikiem (naprawdę, z magikiem). Pogoda zapraszała do spaceru, więc gdy tylko skończyłam, wskoczyłam w buty (nadal płytkie, bo nie chcę podrażniać kostki) i wybyłam na dwór. Chwilę porozmawiałam z Katlin, ale to mnie nie uwolniło od towarzystwa Rysia, który nalegał na wspólny obchód.
Dopiero po obchodzie marsz nad morze (oraz rozmowa z tatą i babcią w trakcie), łazanki na obiad, buzi dla Freda. Reszta popołudnia to siedzenie we fredowym fotelu podgrzewanym słońcem i czytanie Paragrafu 22, picie przy tym herbaty z miodem i cytryną, rozmowa z kotem na temat podwieczorku. Wełniane pranie wywieszone w ogródku przeszło przyjemnym chłodem wiosennego wieczoru. Cały czas za oknem słychać było ptaki cieszące się z ustania wiatru. Mycie włosów, ustalenie z Aś przez messengera kiedy do niej wpadamy, i długa rozmowa z Anne o kotach, życiu z kotami, życiu w pandemii, czekaniu na dziewczyński wieczór z sąsiadkami, o niedzielnej jodze (zapisałam się dzięki jej przypomnieniu). Włosy schną wolno. Fred chyba nie przyjedzie dziś przed północą, jak ostatnio. Wracam do książki.

Miałem dzisiaj u siebie +14 stopni. Jak na luty i zimowe kurtki nieschowane jeszcze do szaf straszny upał.
OdpowiedzUsuńUpał, ale czy straszny :)
Usuń