Ladida ladida. Gdy pracowałam listonosz wrzucił nam do domu list od Świadków Jehowy. Nic nie mam przeciwko, traktuję na równi z KrK pod względem merytoryki, ale ta ich socjotechnika wyblakła (list napisano odręcznie, choć osoba nie miała pojęcia do kogo ta mowa).
Skarpetki Levi'sa małżonek mi kupił, ale o czarnej herbacie Barry's zapomniał, więc wyjechaliśmy po nią jeszcze raz po obiedzie słuchając kawałków z płyty Aqualung Jethro Tull. Potem kawa z Costy i spacer od Ramparts aż do Starego Mostu. Kwiecie kwitnie i pachnie odurzająco, w murze ptasie gniazdo, ludzie się pozdrawiają, jedna para (on z brodą, ona z różowymi włosami) siedzi z nogami przewieszonymi przez murek, patrzy na rzekę i słucha A Million Miles Away — nie mogłam nie zwrócić im uwagi, więc we czwórkę zagulgotaliśmy porozumiewawczym śmiechem. Some good music!



O ewangelizacji za pomocą odręcznych listów jeszcze nie słyszałem.
OdpowiedzUsuńJa również, więc zapisuję dla potomności. Technika jest w prosta, pewnie googlują adresy, chociażby z pomocą mapy internetowej. Myślę, że ŚJ dotyka w pandemii taka sama posucha, jak większe zgromadzenia.
Usuń