Kiedy się na dobre obudziłam, Fred był już przygotowany do wyjścia. Śniadanie pół-irlandzkie (fasolka, pieczarki, jajka), wstawiłam i rozwiesiłam pranie, więc o dziewiątej byłam gotowa na spacer. Najpierw jednak natknęłam się na Katlin, która zwierzyła mi się z przeciągającej się niedyspozycji.
Na plaży nadal całe mnóstwo skorupek po omułkach, znalazłam jednego żywego, trzymającego się rozpaczliwie innej skorupy (do morza). I żywego ślimaka-periłinkla ślumpającego w kierunku umykających fal (do morza). I żywe pąkle na kadłubie padłego kraba (do morza). Oraz kilka jeszcze innych spraw.
W domu z powrotem przed jedenastą; zaszłam do sklepu po mleko, zrobiłam sobie budyń waniliowy i kawę. Cała ta poranna procedura bardzo mnie zrelaksowała, spięłam się dopiero później, gdy nie mogłam znaleźć kabla do aparatu fotograficznego (używałam go pierwszy raz od dłuższego czasu), a potem odkryłam, że Maniutek nasikał na ładowarkę do laptopa (nie wyrobię z tym potworem!).
Zerknęłam na stary teatr tv, Błękitny zamek, obejrzałam aktualną Gosię, która robiła w Edynburgu bajaderkę. Po powrocie Kochanego z pracy zjedliśmy obiad, na chwilę wyszliśmy z myszami (zimno się zrobiło, choć nie ziściły się deszczowe zapowiedzi) i dokończyliśmy oglądanie Manhattan Murder Mystery. Wszystko niespiesznie. Czy coś mam do odhaczenia? Ładuję czytnik, będę kontynuowała Hjorth. Prysznic, herbata, lektura, zaleganie.
















