Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr online. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr online. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 września 2025

2104. Nihil novi (end wery gut).

Kiedy się na dobre obudziłam, Fred był już przygotowany do wyjścia. Śniadanie pół-irlandzkie (fasolka, pieczarki, jajka), wstawiłam i rozwiesiłam pranie, więc o dziewiątej byłam gotowa na spacer. Najpierw jednak natknęłam się na Katlin, która zwierzyła mi się z przeciągającej się niedyspozycji.

Na plaży nadal całe mnóstwo skorupek po omułkach, znalazłam  jednego żywego, trzymającego się rozpaczliwie innej skorupy (do morza). I żywego ślimaka-periłinkla ślumpającego w kierunku umykających fal (do morza). I żywe pąkle na kadłubie padłego kraba (do morza). Oraz kilka jeszcze innych spraw.



W domu z powrotem przed jedenastą; zaszłam do sklepu po mleko, zrobiłam sobie budyń waniliowy i kawę. Cała ta poranna procedura bardzo mnie zrelaksowała, spięłam się dopiero później, gdy nie mogłam znaleźć kabla do aparatu fotograficznego (używałam go pierwszy raz od dłuższego czasu), a potem odkryłam, że Maniutek nasikał na ładowarkę do laptopa (nie wyrobię z tym potworem!).

Zerknęłam na stary teatr tv, Błękitny zamek, obejrzałam aktualną Gosię, która robiła w Edynburgu bajaderkę. Po powrocie Kochanego z pracy zjedliśmy obiad, na chwilę wyszliśmy z myszami (zimno się zrobiło, choć nie ziściły się deszczowe zapowiedzi) i dokończyliśmy oglądanie Manhattan Murder Mystery. Wszystko niespiesznie. Czy coś mam do odhaczenia? Ładuję czytnik, będę kontynuowała Hjorth. Prysznic, herbata, lektura, zaleganie.

piątek, 31 stycznia 2025

1872. Piątek ...

... zaczęłam wcześniej i sprawę z Junoną załatwiłam bez marudzenia. Jasno, chłodno. Z osiągnięć porannych: zacerowałam skarpetkę. Po śniadaniu snuliśmy z Kochanym opowieść o wikingu, Fredzie Długorękim, który zamiast palić i grabić płacił za jadło oraz pozdrawiał ludność tubylczą udając się na wycieczkę w góry. Zdecydowanie odrzucił nas pomysł składania szafy, to zajmie godziny, zapewne bardzo niemiłe. W zamian daliśmy radę złożyć półkę teleskopową w łazience, czyli dokończyć to, co zaczęłam w zeszły piątek. 

Kiedy wychodziliśmy nad morze, zadzwonił Ka. Zaprosił nas na jutro, trochę też pożalił się na kłopoty w pracy. Oczywiście pojedziemy. 

Dopiero po dojściu do plaży zdecydowaliśmy co dalej. Marsz wokół Głowy: kamienie, kormorany, Bobkolandia.




Piękny spacer, ruch powietrza żaden, po drodze nawet nad klifami błotny challenge, więc skróciliśmy obchód idąc górą przez parking. Tylko rzut okiem, czy w sklepie portowym nie ma chowdera (nie było) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Popołudnie zrobiło się ciepłe, w połowie wyprawy ściągnęłam kurtkę.


W domu Kochany zrobił obiad; akurat gdy siedzieliśmy nad talerzami, w wiosce zgasło światło. W ruch poszły świeczki, potem czytnik do książek. W Internecie straszono mieszkańców, że elektryczności nie będzie bardzo długo, na szczęście wszystko wyjaśniło się po godzinie, gdy uzbrojeni w latarkę właśnie wychodziliśmy do Junony. Kot został nakarmiony i pomimo zmiany warunków podtrzymaliśmy sprytny plan sprzed kwadransa: wyjazd do TK Maxxa, późnowieczorne szuranie po sklepie. Mamy maselniczkę z kotami, Kochany kupił sobie kraciasty szlafrok, Junona dostanie jutro bajeczne żarcie od wujka Freda.
 
Późnym wieczorem obejrzeliśmy teatr tv, Mianujom mie Hanka (2025). Raczej propagandowe, ale dobrze zagrane.

sobota, 6 lipca 2024

1662-1663. Przymiarki.

Piątek
Byłam dzisiaj systematyczna, więc mogę się poklepać po pleckach (zrobiłam home office od 10 do 14, przerwa na zupę, sieciowanie, drzemkę, po 15.30 jeszcze półtorej godziny, potem czekam na Kochanego, który od rana był w nowej pracy).

Nareszcie obejrzałam do końca Miłość na Krymie Erwina Axera. Przerywały mi irytujące reklamy, ale adaptacja mnie przekonała. Poza tym nudy. Zauważyłam, że MyHeritage zrobiło aktualizację etniczności, co jeszcze bardziej zaciemnia sprawę. Teraz jestem kartoflanką w 100% z kartoflanej rodziny i nie wiem co o tym myśleć ;)

Sobota
Grafik Kochanego w nowej pracy jest dla niego na razie dość gęsty; Fred zaczął używać aeropresu, który kupił trzy lata temu w Sligo (uczy się obsługi) i rano poszłam śladem męża. Kawa całkiem ok, następnym razem sprawdzę wersję odwróconą (nasz młynek mieli chyba za grubo do takiej techniki zaparzania; no i waga kuchenna by się przydała). 

Poza tym dzień spędziłam przy laptopie, głównie się obijając. Wysłałam podanie o pracę leniwie korzystając z ChatGPT, a co :) Zerknęłam przez półtorej godziny na sprawy szkolne, z większą przyjemnością jednak zerkałam jak Karolina nosi suknię dworską z początków XIX wieku. Kiedy Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy obiad i trzeba się było spakować. Zastaliśmy przyjaciół w gorączce podróżniczej. Przeszliśmy się w czworo (ja z Fredem, Ka i Pieseł) na spacer, po czym Kochany wrócił na tę noc do domu. Jeśli chodzi o zmianę adresu z wiejskiego na miejski, taka sytuacja na spacerze:

piątek, 28 czerwca 2024

1655. Spać/nie spać.

Nie mogłam spać, nie umiałam, trzy, może cztery godziny i zaczęłam łazić. Kochany zerwał się o jedenastej, kwadrans później pojechał autobusem do Ka, sprowadzić nasz samochód i zrobić zakupy. Jem śmieci. Pochłonęłam dwa marsy, więc cukier skoczył mi na tyle, że mogłam skupić się na Mrożku odłożonym przed wyjazdem. Kiedy poziom cukru spadł, poszłam spać. Obudziłam się w kiepskim nastroju, z myślą, że koniec wakacji, że to już druga po południu, a Kochanego nadal nie ma. Zrobiłam sobie na obiad byle co (makaron z sosem ze słoika; Fred wrócił z prowiantem ciut za późno, za to kupił mi prezent, kremowy sweter Ralpha Laurena, wełniany, trochę ażurowy, dziwny kształt) i pokrzepiona dokończyłam Miłość na Krymie (Noir sur Blanc, 2000), co zainspirowało mnie do sięgnięcia po adaptację z 1998 roku; obejrzałam połowę i resztę zostawiłam na jutro, gdy będę (miejmy nadzieję) w lepszej dyspozycji. Jeśli chodzi o rozpakowywanie się, zmęczyliśmy się z Fredem dokładnie w tym samym momencie. Moja walizka nadal stoi w Kuchniosalonie opróżniona w połowie. Zresztą wiele rzeczy czeka, np. wyschnięte pranie sprzed dwóch tygodni czeka na posortowanie i włożenie do właściwej szafy. To sobie poczeka, nie dzisiaj; moje ciało wróciło, reszta nie. Chcę wyregulować czas snu i czuwania, idzie jak po grudzie.

piątek, 28 maja 2021

Postscriptum #528.

Ladida ladida. Gdy pracowałam listonosz wrzucił nam do domu list od Świadków Jehowy. Nic nie mam przeciwko, traktuję na równi z KrK pod względem merytoryki, ale ta ich socjotechnika wyblakła (list napisano odręcznie, choć osoba nie miała pojęcia do kogo ta mowa).

Skarpetki Levi'sa małżonek mi kupił, ale o czarnej herbacie Barry's zapomniał, więc wyjechaliśmy po nią jeszcze raz po obiedzie słuchając kawałków z płyty Aqualung Jethro Tull. Potem kawa z Costy i spacer od Ramparts aż do Starego Mostu. Kwiecie kwitnie i pachnie odurzająco, w murze ptasie gniazdo, ludzie się pozdrawiają, jedna para (on z brodą, ona z różowymi włosami) siedzi z nogami przewieszonymi przez murek, patrzy na rzekę i słucha A Million Miles Away — nie mogłam nie zwrócić im uwagi, więc we czwórkę zagulgotaliśmy porozumiewawczym śmiechem. Some good music!




Przynajmniej półtorej godziny, niebo zachmurzone, ale przyjemnie, wolnym tempem idziemy, jak królowie życia. Wróciliśmy do domu po siódmej, w sam raz, żebym mogła zjeść trzy pajdy chleba z truskawkami i zasiąść do Gabinetu (z Pauliną Holtz i Rafałem Koseckim), sztuki online warszawskiego Teatru MŁYN. Zgrabna jednoaktówka o rozczarowaniach macierzyńsko-małżeńskich.

Ostemplowanych papierów od mojej byłej dyrekcyi oczywiście nie dostałam (czekam już miesiąc). Więc zamiast się skupić na robocie, konkretach, odpisuję na komentarze, serfuję w sieci. Bardzo mnie takie przeciąganie demotywuje. Dodane do mojej własnej prokrastynacji robi mi w głowie coś jak popołudniowy korek w wielkim mieście. Więc zajmuję się rzeczami, zamiast zajmować się Rzeczami. Rano w niedzielę jest joga. Zabukowane. Płaci się.

piątek, 20 listopada 2020

339. Żadnej głębi ;)

Jesteśmy szczęśliwi. Za oknem plucha. Fred odpoczywa po kilku dniach pracy, która sama za nim łazi — podczas obiadu odrzucił zlecenia na weekend, bo chce pobyć w domu. Gdy tak siedzimy sobie bardzo kontenci po posiłku w kuchni rozświetlonej lampami (słońce zdążyło już zajść), przypomniało mi się rychło w czas, że dzisiaj jest online premiera Teatru Polskiego w Wawie — Baba-dziwo wg Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Za zł 15 spektakl online, ale grany na żywo, zapowiedziany przez A. Seweryna i Janusza Majcherka. Tekst z 1938 roku i nadal na czasie.

środa, 28 października 2020

316. Ostatnia środa października.

Poranek i południe bez spaceru, bez wydarzeń, z długim prysznicem po śniadaniu. Katlin znowu pasie nas sconesami podrzucanymi przez Majka.

Późnym popołudniem przedstawienie warszawskiego Teatru Współczesnego online. O osiemnastej naszego czasu zaczął się Taniec albatrosa, tekst Géralda Sibleyrasa, aktualny i przyjemnie zagrany. Co innego widzieć spektakl na żywo, ale lepszy rydz niż nic. Fred w trakcie trwania streamingu musiał się zbierać do pracy. Oczekując na sztukę obejrzałam Szelmostwa lisa Witalisa Brzechwy czytane przez obsadę w zaciszach własnych domostw (jedna z aktorek ma na półce Sodomę). Na czasie — akurat dwie nasze niemoty, prezydent i jego żona, nagle przemówiły w mediach na temat protestów.

Wieczorem skończyłam The Case-Book of Sherlock Holmes (1991-93). Ta część okazała się bardziej operetkowo-wiktoriańska, momentami nieprawdopodobna, momentami rozwleczona, w bardzo freudowsko-frymuśnym guście. Albo po prostu jest mi przykro, że Brett się męczy. Męczy się, ciężko oddycha. Smutno.

Ostatecznie straciłam cierpliwość dla śledzenia poczynań Inspirowanki. Rozumiem choroby i nieszczęścia, ale nie był to pierwszy atak manipulacyjnego ględzenia, więc wrażenie i jego konsekwencje nie mają cech pochopności. Oh well, media społecznościowe nie utulą.

Demonstracje trwają. W Polsce dzienne zakażenia covid-19 biją kolejne rekordy, u nas od ponad tygodnia liczby systematycznie spadają.

poniedziałek, 4 maja 2020

139. Nie tak znowu cichutko ...

słuchamy The Sisters of Mercy Floodland (1987). Ale to później po południu, przy obiedzie, wtedy, gdy rozmawiamy o Tomaszu Beksińskim. Wcześniej, gdzieś po pierwszej, poszłam sama na szybki spacer. Fred w tym czasie przelewał myśli na ekran i jasne dla mnie było, że to jest jego priorytet. Częściowo zrobiłam pętelkę naszą wczorajszą ścieżką — wróciłam przez pole domków letniskowych. Po obiedzie do męża zadzwonił Ka, z zapytaniem jak się mamy. I zamiast normalnie, gadać o grillu i piwie, panowie wymieniali się informacją o niesamowicie okazjonalnym kupnie żurawki i potencjalnych górach do obejścia (zdecydowanie znajomość ładnie dobrana pod kątem polskiej nienormalności). Przed zachodem spacer, który miał być dłuższy, ale z przyczyn technicznych okazał się spacerem z kotem po dzielnicy. Wychłodziłam się nieprzyjemnie. Dzień kończymy Miłością na Krymie (2014) niezbyt dla mnie zrozumiałą. Pizza?

niedziela, 5 kwietnia 2020

109-110. Weekend epidemiczny 2.

Sobota.
To jest Brudny Kotek Rysio,
taki, jakim pani bozia go nie stworzyła:


Z rana obudził mnie po siódmej. Siada obok mojej głowy i mruczy, nie śpisz? Po tym jak Fred wrócił z zakupów i wziął sie za krojenie kapusty, na  stronie Teatru Wybrzeże obejrzeliśmy spektakl Amatorki na podstawie prozy Jelinek, a wieczorem, gdy małżonek czaruje bigos, słuchamy składankowego albumu Rearviewmirror Pearl Jam (2004). Po raz kolejny upewniam się o bezdyskusyjnej wyższości tego zespołu nad Nirvaną.

Niedziela.
Przez całą noc wiał silny wiatr, nadal jest tu obecny, chociaż niebo aż tak się nie chmurzy. Fred późno się położył (bo bigos), ale nie mógł spać. O drugiej wędrował po kuchni i oglądał niedźwiedzie w podkarpackim (w internetach oczywiście). Wiem, bo w nocy mi powiedział do ucha, gdy spałam, patrzyłem na niedźwiedzie. Wczesna pobudka, jak zwykle wyszłam nakarmić kota bez dna, potem kręciłam się po kuchni, woda z cytryną i miodem, przeglądałam internet, śniadanie, po czym wskoczyłam pod kołderkę, żeby się powylegiwać. Ale przed południem już oboje działamy. Fred zaniósł Anne pudełko bigosu dla męża (ona jest wege, ale jej Majkel przetestuje polish food) i widzę przez okno jak wraca, w kraciastym kaszkiecie i pasiastym szaliku wygląda jak postać z kreskówki. Nie wiem, gdzie ja go znalazłam, ale miałam cholerne szczęście.
___
edit 00:08 Dzień był rosołkowy, z kotem, który leżakował prawie cały czas w sypialni, bo za oknem wiatr srogi. Czyżby to już poniedziałek?

niedziela, 29 marca 2020

102-103. Weekend epidemiczny.

Sobota.
Od piątku, gdy wychodzimy na dwór, czuję wyraźny zapach obornika. Prace polowe zaczęły się na dobre. Varadkar ogłosił nowe obostrzenia w związku z koroną. Nie wolno oddalać się na więcej niż 2 km od domu, chyba, że w sprawach życiowych, jak zakupy lub wizyta w szpitalu. Ma to  pewnie powstrzymać migrację zarazy z miast na prowincję. Wiadomość o nocnym głosowaniu w polskim Sejmie tak mnie podminowała, że dałam programowi 2 PR dwie minuty i przerzuciłam się na BBC2. Nastrój ratował mi Graham Norton, Irlandczyk w brytyjskim radiu. Silver lining musi być. Wróciłam też do lektury Sagi Puszczy Białowieskiej Simony Kossak dokładnie tam, gdzie się rozstałyśmy w zeszłym roku — zaczęłam od rozdziału o sokole królewskim. Jestem rozgrzana, czyta mi się teraz o wiele lepiej. Jak i raz trafiłam na opis przypadku dżumy w wieku XVIII (nazywano ją Ona). Z Fredem obejrzeliśmy online Praskie si-fi Teatru Powszechnego. Bardzo rozczarowujące, trzy razy sądziłam, że coś zacznie się dziać i nic się nie zadziało. Pożytek taki, że sprawdziłam, gdzie w Warszawie jest ulica Tarchomińska.

Niedziela.
Przestawiam zegarek na czas letni i może to nie jest mocne usprawiedliwienie, ale obudziłam się przed południem, a śniadanie zjedliśmy o pierwszej. Jak u Czubaszek: parówki z chrzanem. Plany: spacer i książka. Przebukowałam nasze bilety do Polski na końcówkę czerwca wyrażając tym umiarkowany optymizm.
___
edit 22:10




Rekonesans króciutki, gdyż morze dmuchało nam pianą w twarz. Z wieści telefonicznych: ciocia eR nawróciła się na pisizm. Z wieści ogólnoświatowych: pani Kidawa zawiesiła kampanię prezydencką, a pan Penderecki wziął i umarł. Na zakończenie tego krótkiego dnia obejrzeliśmy Lekarstwo na miłość (1966), adaptację kryminału Chmielewskiej z dyszącą Jędrusik. Kiedyś wydawało mi się lepsze, mniej drażniło mnie ówczesne political correctness i kobiety-idiotki.

środa, 18 marca 2020

92. Panika po irlandzku.

Z rana miałam rześką przebieżkę na pocztę, pieniążki szczęśliwie jeszcze na mnie czekały. Mama przez telefon mi smarka, mówi, że pracuje co drugi dzień, po trzy godziny — taki system. Przed Lidlem spotkaliśmy aptekarkę z Nadbrzeżnej, która kiedyś myślała, że chodzi z Fredem — udała, że nas nie widzi. Panika po irlandzku w Tesco wygląda tak, że wykupiono wszystkie duże boxy Barrie's Tea oraz karmę dla psów. Pet Shop był nadal otwarty, pan jak zwykle przemiły, sprzedał nam kolejną obróżkę przeciwpchelną dla Rysia, aksamitną, w morskim kolorze. Fred przy okazji wizyty w mieście zapłacił podatek drogowy.

Co z Wu, nie wiadomo. Odpowiedzialni za niego nie odbierają telefonów, żeby się koroną nie zarazić.

Dokończyłam oglądać teatralną adaptację The Importance of Being Earnest z cudownym Davidem Suchetem w żeńskiej roli (2015). Przy okazji uświadomiłam sobie, że to nazwisko wymawia się Su-sze (jego dziadek był litewskim Żydem, który zmienił nazwisko wyjeżdżająć do Afryki Południowej). Sztuka zalatuje myszką, niezła na czas zarazy. I jeszcze: Imaginuj sobie Waść, że Herman Brunner nie żyje.
___
edit 23:00 Na deser dnia Elling (2001), film o kapuścianym poecie nie mógłby powstać w Holiłódzie.

poniedziałek, 16 marca 2020

89-90. Oddziaływania.

Niedziela.
Po południu, gdy Fred pojechał do pracy, posmarowałam bolący palec wskazujący Voltarolem i miałam taki atak paniki, że chyba więcej go nie użyję. Ostatnio zrobiłam się wrażliwa na takie dziwne historie, łeb mi wysiada, albo nabawiłam się uczulenia. No chyba, że to tak podziałała na mnie rozmowa z teściową przez telefon. Teściowie siedzą zamknięci w mieszkaniu i się boją. Tymczasem Fred wrócił z Północnej całkiem wcześnie, bo przed ósmą. Zgubił gdzieś swoją czapeczkę i punkowy szalik. Po pizzy zasiedliśmy do teatru tv na Ninatece, Komety (2015) w reżyserii Leszka Dawida z Kuleszą. Nie wiem o czym to było, ale dobrze zagrane.

Poniedziałek.





Przed południem poszliśmy na spacer, akurat morze zaczęło wracać. Chłodno, ale byliśmy właściwie odziani, marsz nas nie pokonał, tylko dodał wigoru. Już w domu Fred poprawia i renderuje, renderuje i poprawia, z pojedynczych scen zaczyna się układać coś dużego.

Jaki jest koronny argument mojego męża?
— Wcale że nie! 
___
edit 21:51 Skończyłam Księgę Komety — dość na temat, bo m.in. o epidemii dyzenterii we Lwowie 1759 roku. Wieczorem natomiast wyciągnęliśmy z domowej wideoteki Woody'ego Allena, tym razem Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się o to zapytać (1972), Burt Reynolds, taki młody, chyba jeszcze bez tupecika.