Jak w tytule, choć już jestem w domu. Byłam trochę zmęczona po wczorajszym dniu, obudziłam się w nocy i moje nogi nadal szły, niemniej nie było przebacz, dzisiaj udaliśmy się na jedne z najwyższych klifów Irlandii. Sprawniej niż wczoraj poszło nam śniadanie i po dziesiątej już byliśmy w trasie, najpierw na punkt widokowy, potem podjechaliśmy możliwie najbliżej The Pilgrim Path. Marsz był do przewidzenia, taki w sam raz, ani długi, ani krótki, za to Fred i Aś przeszli po grzbiecie kilka kroków dalej ode mnie, gdy ja w zacisznym miejscu konsumowałam jabłuszko. Po szesnastej byliśmy ponownie na dole. Ponieważ Aś zamierzała ominąć popołudniowe korki, najpierw zjechaliśmy do domku i spakowaliśmy się przy ostatniej kawie/herbacie, a potem odbyły się poszukiwania miejsca na obiad. Restauracja znalazła się dopiero w Donegalu (mieście), naprzeciwko miejscowego zamku (i pewnie stąd jej nazwa, Olde Castle Bar). Upchnięto nas wprawdzie w rogu ogródka przy maciupkim stoliku (jak na trzech), ale jedzenie było bardzo dobre. Potem w drogę, czyli i tyle przygód na dzisiaj. Do domu, z małym przystankiem na przepakowanie się do własnego samochodu, dojechaliśmy o jedenastej wieczorem. Nadal niektóre wypchane torby stoją w kuchni, czekają na lepsze chęci.
I jeszcze przed snem zdążyłaś blotkę napisać, nieźle :)
OdpowiedzUsuńPiszę chętniej niż sprzątam, taka tajemnica.
Usuń