Wykorzystałam przedpołudnie na spacer nad morze, potem już tylko padało, a ja czekałam i czekałam na kota. Niestety Ryszard już tak ma, że od czasu do czasu odpala mu wędrówka. Kilka razy zdarzało się, że znikał na kilkanaście godzin, po czym wystraszony i głodny zjawiał się, żeby znowu być przez jakiś czas trochę grzecznym (nie ma to, jak przypadkowe zatrzaśnięcie się głodomora w cudzym składziku). Ostatni scenariusz jest podobny, przez trzy-cztery dni niewiele go widzieliśmy w domu, po posiłku biegł gdzieś zaaferowany (pewnie pojawiła się interesująca miejscówka pachnącą szczurami i kocią karmą, raz wrócił utytłany pyłem węglowym, raz zakrwawiony po świeżym obiedzie), wyszedł wczoraj przed północą (gdy Fred wrócił z pracy), od tego czasu nie było go na śniadaniach, obiedzie i podwieczorku. Na grupie fejsbukowej śladu kota brak, co tylko trochę pociesza (sąsiedzi zaalarmowali by nas w razie wypadku). Kot ma tag z numerem telefonu Freda, ale nikt nie dzwoni (Kochany zagaduje z pracy w Dublinie). Trudno się czeka.
Chociaż po śniadaniu obejrzałam już jeden odcinek Midsomer, mam taki bezwład w głowie, że zajmowanie się czymś wymagającym myślenia odpada (w ciągu dnia bez spektakularnych sukcesów szukałam w sieci tekstów do najbliższych zajęć na studiach), więc po Down Among the Dead Men będzie jeszcze Death in Chorus. Może kocie łapki zrobią w miedzyczasie pciup.
I to jest właśnie bieda z wychodzącymi kotami - że wychodzą, a człowiek się martwi.
OdpowiedzUsuńTak jest.
Usuń