Środę rozpoczęłam pastą z awokado oraz oglądaniem Bernadette ubierającej świnkę morską w kostiumy halloweenowe i Nicole Rudolph, która rozprawiała o rozmiarze retro obuwia.
Dzień był złoty. Za oknem obserwowaliśmy z Kochanym stado szczygłów, które przylatuje poskubać przekwitłe lawendy. Na obiad wyjazd do Termon, Fred rozsmakował się w chowderze, wróciliśmy napchani dobrocią po uszy. Mąż wysypał w ogrodzie ziarna dla fruwającej malizny, zaczynamy wcześniej sezon dokarmiania, żeby inni też byli szczęśliwi.
Przed wyjazdem do Ka&Jot rozmawiałam dłużej z mamą. Mama energiczna, choć wieści takie sobie: rachunek za gaz wzrasta o ponad 100%; z Maryśką, sąsiadką z tyłu, krucho, tatko podwiózł ją na badania, chyba niewiele zostało do zrobienia; babcia Mania coraz bardziej niesamodzielna, nie robi to różnicy, że niesamodzielność jest tworem jej umysłu, a nie ciała.
U przyjaciół obejrzeliśmy Czas mroku (2017) z Oldmanem w roli Churchilla. Oczywiście rola tytułowa zagrana bardzo dobrze, tylko czemu wszystko inne takie mdłe i szablonowe? Pograłam z chłopakami w twistera, podyskutowaliśmy o drugiej wojnie. W drodze powrotnej towarzyszył nam po północy wielki, zimny księżyc.
Lawendę można było zasuszyć, to dobry środek od moli.
OdpowiedzUsuńDobra Polka przerobiłaby też jabłka na marmoladę, zamarynowała grzyby, zawekowała ogórki, a potem wydała dyspozycję (podczas obszywania zasłon dla siebie, rodziców, kuzynów i sąsiadów), żeby mąż zbił z palet dodatkowe półki i zamontował je w korytarzu w czasie swojego urlopu, bo co tak siedzi bez sensu. Nic z tych rzeczy się jednak nigdy się u nas nie wydarzy ;DDD
Usuń