Nawiązując do Hebiusowego komentarza zostawionego onegdaj, małżonek za morzem wpływa na moje pisanie tutaj w taki sposób, że żyję w innym tempie. Gadam tylko do siebie, a w ciągu doby poza jedzeniem i siku mogę np. robić dwie rzeczy, które dominują nad dniem. Nosa na dwór nie wyściubiłam (small talku z sąsiadami o kocie nie liczę), do wczesnego popołudnia odczytywałam stare dokumenty pisane zawijasami, potem mi do głowy wpadło, że dzisiaj (znaczy: DZISIAJ) ułożę puzzle, co to je od Freda dostałam. Pięć godzin i obiad później: kolana trzeszczą, kolory w sztucznym świetle się rozmazują, ze sto puzzli ułożonych, czyli dziewięćset innych chichra się po kątach, łypię naokoło coraz bardziej przekonana, że dostał mi się wybrakowany zestaw. Ale twarz Małej Mi jest, chyba żeby mi ironiczne spojrzenie rzucić.
A Fred jest na Saskiej Kępie, ot co!
Znam to z czasów, gdy babka w wakacje jeździła do koleżanki na tydzień, czy dłużej, a ja zostawałem sam w domu :)
OdpowiedzUsuńJak jest interakcja, to wiadomo, jest o czym pisać. A jak się głównie myśli ... nie wszystkie myśli nadają się do opisania ;)
UsuńBa! Większość się nie nadaje.
Usuń