Strony

niedziela, 14 sierpnia 2022

971. Zwierzęta brodzące.

Szukając płyty Demarczyk gadam trochę do siebie, a trochę do męża:
Widzisz, gdzie ona jest? (znajduję) Leżała na Ralphie.
Myślę, że Ralph nie miałby nic przeciwko temu, stwierdza Fred.

Przy śniadaniu słuchamy pani Ewy, w oczywisty sposób pojawiają się więc tematy ciężkie, jak nadmierna egzaltacja pani Groniec, powstanie warszawskie, czy dywersyfikacja energetyczna Polski. Za to po kawie spacer lekki i zajmujący. Wracamy z niego dopiero o trzeciej, choć przemierzamy tylko naszą wsiową plażę, aż do tamtej wydmy. W czasie spaceru widzimy dużo różnych rzeczy, np. ziemniaki morskie (ten akurat był bardziej byłym ziemniakiem morski, ziemniakiem RIP/śp.):


albo kamienie:


Kamienie były duże, ale małe też:


Pewien piesek o imieniu Lilo przyniósł nam nawet jeden kamień, żebyśmy mieli. Spytałam się chłopca z aparatem na zębach czy to jego pies. Jego, i tak już ma, że przynosi kamienie. Dobry piesek, chłopak też dobry, spokojny, taki irlandzki. To oni tam w oddali sobie gadają:


Plaża robiła się coraz mniejsza i mniejsza, bo morze wracało, ale doświadczenie było niezwykle przyjemne (fale nie za wysokie, woda miała optymalną temperaturę). Pod koniec spaceru obserwowaliśmy, jak Michael (to wioskowa łódź ratownicza) wyjeżdżał z pomocą kolegi z hangaru, zwodował się i odpłynął w siną dal. Potem suszyliśmy nogi na ławce pod kawiarenką:


W sklepie obok domu Fred kupił lody w wafelku, jeszcze chwilę siedzieliśmy na skwerku przy naszej ulicy jedząc te lody i rozmawiając z Anną. Następnie kawa domowa, rozmowa ze Zbyniem (bo przecież Kochany dogrywa wyjazd, rozsyła wici), i wyruszyliśmy do Drołdy pełni nadziei, że w Borzalino uda się nam zjeść lunch. Jak zwykle byliśmy jednymi z pierwszych gości, obiad z deserem został pochłonięty, przejechaliśmy na drugą stronę rzeki do parku Ramparts i zmitrężyliśmy kolejną godzinę po prostu idąc przed siebie wzdłuż Boyne, która korzystając z odpływu bez pośpiechu, nie płosząc drzemiących mew, turlała się w kierunku morza:


W domu ponownie o ósmej. Ryszard się akurat pojawił, bez obroży przeciwpchelnej i z ranką na szyi. Gdyby nie ta dziwna sytuacja, której kot nam nie chciał wytłumaczyć, byłaby to niedziela idealna. Wieczorem miała być burza, radykalna zmiana pogoda. Na razie nic z tego, brak wiatru, niebo łypie na nas bezdeszczowo. Białe koty Anne przywędrowały do naszego ogrodu i w ciemności robią za duchy.

4 komentarze:

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.