W pracy rozpasanie kulinarne, gdyż nasza grupa na zaliczenie robiła brunch dla obsługi budynku. Delicje: jogurt z granolą i smażonymi owocami (to się nazywa ęącko frużelina), hiszpańska tortilla, gofry z czym kto chce (u mnie z nutellą i dżemem truskawkowym) i inne takie (wymieniłam tylko to, czego posmakowałam; zapakował do plecaka drugi jogurt, pół paczki granoli i dwa sconesy). Gdy po powrocie do domu zadzwoniłam do Freda, małżonek siedział gdzieś w Jeleniej, w bardzo dobrej komitywie, więc zamachałam jak Forest Gump: Zbyszkowi, Baś Dzielnej Fotografce (podobno ujaranej do imentu) i Kudłatemu, który grał we Fredowym filmie. Po południu trochę słabo się czułam, miałam dreszcze, lekko bolało mnie gardło. Obiad, kawa, luknięcie do firmowego laptopa, irlandzki, będzie jeszcze nasiadówka nad lekturą do magisterki. Zmuszam się, bo chodzi mi o to, żeby nie myśleć o robieniu, tylko robić. Cieszy mnie, że Kochany jest rozanielony dzisiejszymi rozmowami z ludźmi i nowy projekt się mu wykluwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.