Bardzo nam ta przysługa Anne pomogła, nie musieliśmy stać na przystanku ociekając deszczem. Na lotnisku jak zwykle naćpaliśmy się perfumami (odkryłam fajny zapach Toma Forda o nazwie lost cherry). Po kawie/herbacie niespodziewanie wpadliśmy na Elizabetę, która nas wyściskała i uaktualniła wiadomości. Chwilę rozmawialiśmy o swoich kierunkach (ona akurat do Hiszpanii, z panem nam nieznanym, który drzemał w dworcowym fotelu). A samolot spóźniony, mieliśmy lecieć przed szóstą, wystartowaliśmy po siódmej (czekając na lotnisku uwolniłam stopy i machałam kolorowymi smyrami, jedliśmy czipsy, skrolowaliśmy telefony). Lot był spokojny, świat, że oko wykol, nie dość, że nad Wyspami chmury, to jeszcze w Europie widoczne oszczędzanie energii (może to i lepiej). Po wylądowaniu kolejna niespodzianka: rodzice wrócili z połowy drogi, żeby wymienić auto na inne (podobno coś z hamulcami) i jadą do nas naszym oplem. Cóż, czekamy. Witaj, kraju :)
Aha. A jak pogoda we Wrocławiu? Bo u mnie nadal śnieg i -3.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, w zasadzie nie wiem, siedzimy w domu, jemy i oglądamy tv 😄
UsuńŚnieg to i przez okno widać, czyli zgaduję, że nie ma :) A u mnie na Mazurach jeszcze dosypało.
Usuń@Dariusz, muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy za okno wyglądałam. Ale to chyba też znaczy, że śniegu niet (chociaż w nocy był widoczny na Kocich Górach).
Usuń