Piątek był na tyle intensywny, że nie zawracaliśmy sobie głowy irlandzkim świętem, wiemy tylko, że na paradzie w Drołdzie padało. Tymczasem tutaj kolejny słoneczny dzień i chociaż wczoraj leciałam na twarz, podróżnicza niespokojność nie pozwoliła mi wydajnie odpoczywać nocą (dopiero pozycja na ośmiornicę uśpiła mnie do ósmej rano). Teściowa wyrwała dla nas u Sarzyńskiego sześć ostatnich puławianek. Po śniadaniu pojechaliśmy w trójkę na cmentarz za miastem, spacer był dłuższy, Kochany wymieniał się z mamą informacjami o zmarłych znajomych, a po drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze na kawę do Czartoryskich.
Czuję się zaopiekowana i miasto się mi podoba niesamowicie. Po dwudaniowym obiedzie (zupa ogórkowa/zrazy; przez cały dzień ani chwili nie byłam głodna, teściowa oświadczyła, że jestem jak niteczka i +5kg mi nie zaszkodzi) pojechaliśmy we dwoje na spacer do Kazimierza. Zaparkowaliśmy w mieście, poturlaliśmy się do Wąwozu Korzeniowego, potem do Wedla na herbatę z konfiturą imbirową.
Powrót do NA ok. siódmej, ale zaszliśmy jeszcze do Czasu na herbatę (prezent dla Anne, filiżanka dla mnie) i Empiku (dwie płyty Gaby Kulki i dawno odkładany Turnau po angielsku). W domu na kolację śledzie, z puławiankami, oczywista. Fred w okularach, wypełnia jakieś spadkowe pierdelety; nucę Domowe przedszkole.




Czym są puławianki? To jakiś rodzaj bułek?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, tak.
Usuń