Miałam ochotę pożyczyć Pamięć i tożsamość Wojtyły, ale bałam się kontynuowania tematu (i tak teściowa zaraz pokazała jedną szafkę w kredensie pełną wydań janopawłowych snując wyobrażenia, że dobrem tym dzieci będą chciały się podzielić po jej śmierci; lepiej było nie ryzykować). Na śniadanie biała kiełbasa, pakowanie się, szarlotka od Sarzyńskiego, mycie zębów. Pogoda piękna, więc pożegnaliśmy się z mamą Freda i przeparkowaliśmy samochód pod pałac. Następna godzina została zmarudzona na robieniu zdjęć pawiom (biały gdzieś się rano schował), spacerze do łachy i kawie w Czartoryskiej.
Kochany od samego początku planował jechać na Dolny Śląsk przez Wawę, ale w obraniu dokładniejszego kierunku pomógł nam telefon od Jacka. Na godzinę skręciliśmy do strzeżonego osiedla pod stolicą, na herbatę i żeby pogłaskać małego, grubego psa. Po drugiej z błogosławieństwem autostrad ruszyliśmy z kopyta (znowu zatrzymaliśmy się w okolicach Łodzi). Podróż była szybka, raczej spokojna, z ciekawych rzeczy już za Łodzią widzieliśmy na niebie parhelion (słońce poboczne). Chyba oboje jesteśmy zmęczeni, ja to na pewno, chociaż nic takiego nie robiłam (poza jedzeniem, i jeszcze, poza kimaniem w samochodzie).



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.