(w sobotę) Wstaliśmy przed ósmą i jedliśmy śniadania o różnych porach. Kochany jeszcze kończył pić pierwszą kawę, gdy ja wychodziłam z mamą na cmentarz. Zabrałyśmy ze sobą Maksia, który bardzo dzielnie, najpierw rześko, a potem coraz wolniej, przebierał swoimi krótkimi nóżkami.
Kochany sporo czasu parał się rezerwacją noclegów w schroniskach górskich (bardzo jest to upierdliwe logistycznie, trzeba wydzwaniać, albo tylko mejlować i czekać; plany i życzenia: Dom Śląski, Odrodzenie i Hala Szrenicka). W tym czasie mama zrobiła pyszny obiad, który zjedliśmy w ogrodzie, pod parasolem:
Pogoda robiła się szara, burzowa. Popijając kawę w ogródku zaczęłam czytać Cyda Pierre'a Corneille'a (to kolejny rozgrzebany tekst; w samolocie z kolei napoczęłam O stawaniu się sobą Carla Rogersa), podczas gdy Fred dobijał targu z właścicielami schronisk, Tadkiem i ciocią eR.
Wiedzieliśmy, że w Kaliszu, w ramach La Strady, występuje Karolina Cicha ze swoją płytą tatarską. Zrobiłam notatki z nazw miejscowości, które powinniśmy mijać i przed czwartą po południu wyjechaliśmy z domku pod lasem do Wielkopolski. Byliśmy w mieście ze sporym marginesem czasowym, więc zjedliśmy podwieczorek w Łączniku Kulinarnym (dla mnie grzybowa-krem oraz sernik wiedeński z sosem malinowym, wszystko całkiem dobre) oraz zajrzeliśmy na bryłę kaliskiej katedry (tej, co to w niej Konopnicka z Konopnickim się poślubili). Potem jeszcze dość dłuuugo czekaliśmy na występ włoskiego teatru ulicznego Teatro Due Mondi z przedstawieniem Wall Cracks, oraz na Cichą i Spółkę. Szczęśliwie, miejsce było urokliwe, rozgadane gawronimi konwersacjami.
Due Mondi przedstawili temat na topie (mury, migracja), w ich wykonaniu nieco zbyt przegadany jak na teatr uliczny, natomiast z koncertem problemy były dwa. Po pierwsze, Cicha się rozchorowała i zagrała tylko Spółka w składzie Patrycja Betley/Karolina Matuszkiewicz/Olena Yeremenko/Paweł Betley:
Spółka była oczywiście świetna (jak można się było spodziewać: muzycy, którzy wiedzą, co robią i ciekawy folk), ale w połowie koncertu zaczął na nas kapać deszczyk, który w minutę zamienił się w ciepłą ulewę. Zaczęliśmy biec w kierunku Kazimierzowskiej, gdzie stał nasz samochód, początkowo po kurtki przeciwdeszczowe. Gdy dobiegliśmy, byliśmy tak mokrzy, że kurtki byłyby zbyteczne. Zamiast powrotu pod CKiS, wybraliśmy powrót do domu.
Ostatnią przygodą sobotnią była droga powrotna. Kochanemu powoli wyczerpywała się bateria w smartfonie, więc mój iPhone przejął prowadzenie i wróciliśmy małymi dróżkami, które doprowadziły nas do legendarnych kocich łbów (intencjonalnie ominęliśmy je jadąc w przeciwną stronę). Bardzo mnie te kocie łby ucieszyły. Sentyment. A w domu byliśmy o północy.




próbuję zgadnąć, co to było za pyszne jedzenie i nie bardzo mogę. Ale wystarczyłyby mi same ziemniaczki, fasolka i fura mizerii.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, kurzyna, kartofflen, fasolka i ogórki w kefirze :D
UsuńRezerwacja noclegów tak trochę w ostatnim momencie.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, mowa jest o schroniskach górskich. Za czasów mojej mamy rezerwacji nie było w ogóle, się przechodziło to się wchodziło :) Ale i teraz widać, że to nadal trochę inny świat.
UsuńJak się żeni ideę górskich schronisk dla każdego z górskim hotelem, który musi na siebie zarabiać, no to musi być dziwnie. Ale chyba powoli idzie zmiana w kierunku hoteli (tak trochę czytałem o zamieszaniu wokół karkonoskiej Samotni, którą ma zarządzać teraz spółka z Zakopanego), więc się unormuje i będzie normalnie.
Usuń@Dariusz, nie wiem, czy się żeni :) To raczej nie będą hotele (schroniska są w miejscach trudnych, oferta będzie podstawowa, więc nie zadowoli niedzielnych turystów) i chyba w interesie gór oraz nas jest, żeby nie były. O Samotni czytałam. Rzeczywiście, informacja, że dudki z Zakopanego mają zamiar tym zarządzać trochę mrozi krew w żyłach.
Usuń@Dariusz, mnie sprawa Samotni ekstremalnie irytuje, ale z innego powodu. Rodzina Siemaszków kierowała Samotnią w latach chudych, nieprzerwanie od roku 1966. Wtedy naprawdę ich praca była nie do pozazdroszczenia. Ty wzdychasz sentymentalnie do półdarmowych noclegów, a oni tam ledwo cipieli, bo często brakowało wszystkiego, ich praca daleko wykraczała poza 8 godzin dziennie. Przetrwali trudne chwile. I w momencie, gdy turyści wręcz zadeptują Samotnię, która stała się maszynką do zarabiania pieniędzy, bandyci z PTTK pod pretekstem wolnego przetargu, odbierają im dzieło życia 2 pokoleń. To jest bandyctwo tej sytuacji.
UsuńPonieważ jednak w przeciwieństwie do Ciebie bywałem w Samotni po kilka razy w roku, użyczę Ci informacji, których nie posiadasz. Samotnia od co najmniej 20 lat nie jest już cichym schroniskiem dla wędrowców. Jest stosunkowo niewysoko nad kościółkiem Wang, docierają tam bez trudu nawet zimą wycieczki szkolne. Kuchnia pracuje na pełnych obrotach o każdej porze roku sprzedając dość dziadowskie żarcie po komercyjnych cenach, a zdobycie miejsca noclegowego wymaga dużego wyprzedzenia. Dlatego od roku 2000 nie korzystam z jej usług i zachodzę tam jedynie wtedy, gdy osoby mi towarzyszące nalegają. W ogóle staram się omijać ten szlak. Komercja tam jest i to od dawna. Bandyckie jest jedynie to, że gdy Samotnia stała się maszynką do robienia kasy, odebrano ją tym, którzy gospodarzyli w latach chudych. A @Monika może Ci potwierdzić, że ze mną nie wchodzi się w Karkonosze najkrótszymi szlakami z Karpacza i Szklarskiej Poręby. Właśnie ze względu na to, że to, co Ci się wydaje że nadal istnieje i trwa, dawno już przestało istnieć. Nie dlatego, że schroniska nie są dla wszystkich, a dlatego, że w niektórych miejscach wszystkich jest dziesięcio-, a może stukrotnie więcej, niż schronisko jest w stanie komfortowo obsłużyć. Przejdź się w góry sam i przekonaj się na własne oczy.