I tak po dziesiątej rano nasz pobyt chwilowy w El Paso dobiegł końca. Byliśmy już po napitkach i spakowaniu się, gdy taksówka przywiozła Jot z chłopakami; powitanie, wymiana informacji (historia pobytu u teściowej potrzebuje jednak więcej czasu ;)) i prezentów, po czym wyruszyliśmy na drugie śniadanie do 3rd Place.
Wróciliśmy do domu na wsi około południa (w głośnikach Queen).
Opieka nad Junoną może się skomplikować, koteczka od kilku dni ma problemy zdrowotne, trzeba czekać jak to się rozwinie. Anne zaproponowała nawet, że możemy u niej mieszkać. Nie widzę problemu, nie pierwszy chory kot w moim życiu. Można tylko dawać jeść, obserwować, pogłaskać, zawieźć do weta, jeśli będzie gorzej. Myślenie o tym odkładam na środę, wiele może się jeszcze zmienić. Przy okazji powitań sąsiedzkich dowiedzieliśmy się od Anny, że po osiedlu łaził ten sam komitet, co zwykle o tej porze roku, który znowu zrobił zdjęcie naszego ogrodu.
Po kilku chwilach wypakowywania, upychania, odkładania na miejsce wyszliśmy na spacer nad morze, początkowo bez planu, potem z wyraźną chęcią zjedzenia obiadu w porcie. Nie wyszło, ale nie była to wyprawa nieudana. Pogoda wspaniała, ciepło, wiatr nieco schładzał, tyle ile trzeba, w powietrzu już czuć nostalgiczny zapach sierpnia. Na spotkanie wyszło nam spore stado zaciekawionych byczków. Goarse przekwitł, za to pięknie kwitną osty i dzikie jeżyny; o ciągłym rozwoju króliczego królestwa, które obrosło zieleniną, świadczyła gęsta warstwa bobków przy wejściu na klify (kłólika nie widzieliśmy ani jednego, pewnie odpoczywały w swoich głębokich norach).




Ale miejsce przepiękne <3
OdpowiedzUsuń@R.A. Ciężka, nasza wieś rzeczywiście ma kilka plusów: malownicze miejsca do spacerów, życzliwe sąsiedztwo, dobre połączenie autobusowe z miastem. Poza tym wsiowa jestem, mnie odpowiada :)
Usuń