Potrzebowałam wyłazić z wyrka przed siódmą? Nie, ale wylazłam ;) Nie wiadomo po co, bo zrobiłam sobie herbatkę, przeczytałam coś w sieci, po czym wróciłam do łóżka, przytuliłam się do Kochanego i ... obudziłam się przed dziesiątą. Dzień był szary, ale odświeżający po wczorajszym wolnopłynącym stresie. Na śniadanie wędzona makrela, kawka, jogurt z granolą na drugie. Z tatkiem połączyłam się na chwilę mając nadzieję, że porozmawiamy o historiach rodzinnych, ale tatko na emeryturze nie zwalnia — w asyście kotów podważał płyty chodnikowe (a w zasadzie nagrobne), żeby je przemieścić wg nowego wzoru i podwórkową ścieżkę zabezpieczyć w ten sposób przed wodą. A przecież poza tym musiał się potem przebrać, wyperfumować i jechać do mamy, żeby ją zabrać z pracy. Innymi słowy, czasu brak ;)
Zaczęłam nowy tour de council, tym razem rozmawiałam telefonicznie z zawodowo przemiłą Holly. Pierwszy specjalizda z bobrzej łaski (imię zapowiedziane: Pol) ma wpaść w poniedziałek rano.
Po południu (wcześniej Kochany sporo godzin poświęcił na malowanie płotu), wyjechaliśmy na zakupy spożywcze. W drodze zaczęliśmy słuchać niemieckiej muzyki, zaczęło się od Rammsteina, a potem już poszło. Söhne Mannheims, Herbert Grönemeyer, Sportfreunde Stiller, Ich + Ich ... nadal lubię.
Jako że małżonek koresponduje z przyjaciółmi ;D, wieczorem z polecenia PoE obejrzeliśmy nowozelandzki film, Dzikie łowy (2016). Ciekawy, inny, widać, że z końca świata.
Dobry to był dzień, piątek zdecydowanie lepszy od czwartku.
Coś nowego w domu wymaga remontu, czy znów jakieś problemy z bojlerem?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, gość, który przyjdzie w poniedziałek, jest od ogrzewania (znowu).
Usuń