Strony

niedziela, 13 października 2024

1762. Wylot/powrót.

Wyjazd z domu  przed trzecią czasu lokalnego. Czyli musieliśmy wstać o drugiej nad ranem, kolejna zgroza :D Kochany prowadził samochód w drodze do lotniska, potem rodzice tylko zmienili miejsca i wiśta wio wracać do domu, zanim drogi się zapełnią. Przed przejściem za bramki przysiedliśmy nad kawą. Trzeba przyznać, że były niecodzienne tłumy, jak na tę porę dnia. Większość lotu przebiegła sprawnie, na początku skoki ciśnienia, lądowanie pół godziny po siódmej, u mnie widoki na drobnego pijaczka, który siedział na fotelu przede mną. Facet młodszy, taki w typie wesołka, co to coraz bardziej bełkocze. Akuratnież siedziała obok kulyżanka, teoretyczka alkoholizmu, wyjaśniała mu po kolei o co w tym wszystkim chodzi, jak rozumiem, na bazie własnego związku, że geny, że środowisko, ale już z praktyką u niej słabo, bo chłopaczek wyczuł, że może kontynuować i przyciąć na niej komara przy lądowaniu (to i tak lepsze od spadamy, spadamy intonowane przez pajaca kilka minut wcześniej). Po wylądowaniu musieliśmy chwilę czekać, bo sanitariusze w towarzystwie gardy zabierali innego pasażera. 

Przed wyjściem na przystanek usiedliśmy w Cloud Picker i w końcu zadałam dręczące mnie od jakiegoś czasu pytanie, gdzie jest mój ulubiony rogal z malinami. Zmienili dostawcę, Donnerwetter. Jeszcze się nie pogodziłam. W autobusie byliśmy sami samiuteńcy, dojechaliśmy do parkingu aut i szybko zlokalizowaliśmy Babcię. Jeszcze tylko krótki przystanek w Tesco i już: o dziesiątej siedzę w swoim fotelu i marznę :)  Gdyż temperatura w domu spadła do siedemnastu stopni, więc wciągam coś dobrego na drugie śniadanie, żeby pomóc organizmowi (od rana boli mnie gardło, prawy migdał bolesny). Sytuacja temperaturowa jest na tyle nieciekawa (ociepla się bardzo powoli), że po południu biorę gorący prysznic i wskakuję pod kołdrę obok Kochanego, czytam Przetainę, albo drzemię (à propos, znowu przywiozłam z Polski parę książek, mniej lub bardziej antycznych, Krajewski, Steinbeck, Remarque i ... Gösta Knutsson). Leżąc w łóżku czułam się coraz bardziej chora, więc w końcu wstałam, zrobiłam Kochanemu kawę. Mąż zrobił pyszny obiad, bakłażany w czosnkowej zaciapie, dla zdrowotności.

I jeszcze Perlisty do małżonka dzwonił. Ale ty to jesteś świr, orzekł w temacie naszej krótkiej podróży. To mógł być nawet komplement ;)

Rodzice nie odbierali telefonów przez większość dnia, dopiero wieczorem tatko oddzwonił, że przed południem mieli załamanie pogody, gwałtowne zjawisko atmosferyczne, które na kilka godzin odcięło ich od prądu. Teraz myślę, że zmiany ciśnienia w czasie lotu nad zachodnią Polską i Niemcami były zapowiedzią tego wydarzenia. No nic. Podróż była jak sen, trzeba zbierać mózg ze ściany. Wykluwa się mi jakaś choroba, mam nadzieję, że do jutra sczeźnie.

2 komentarze:

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.