Zawsze kwęczę, że to mój najmniej ulubiony miesiąc. No to trzeba to zmienić. Przez ostatnie trzy dni polegiwałam i zwalniałam, wieczorem zaczęłam czytać biografię Mrożka pióra Nasiłowskiej, dzisiaj kontynuacja. Poza tym z rana praca, po południu Fred podjechał naszą Babcią pod Centrum, ale nie od razu udaliśmy się do domu, najpierw pospacerowaliśmy do Czarnej, żeby siedzieć przy kawie, między ludźmi, w fotelach z lewej strony (patrząc z perspektywy wchodzących; mogliśmy zerkać przez okno). W domu, gdy Kochany robił obiad, trochę ogarnęłam plany na jutro i skontaktowałam się z revenue (znowu nie rozłożyli mi ulg podatkowych jak trzeba). Małżonek zaś otworzył ptasią stołówkę, tylko ptaków na razie brak. Zapach książki mnie wyjątkowo podrażnia, więc nie mogę siedzieć przy papierze za długo. Wcześnie za to wskakuję w szlafrok i chodzę po Kuchniosalonie szukając czegoś do zjedzenia. Jest listopad, jest dobrze.
Ten listopad zapowiada się lepiej: dłużej będziemy ze sobą, bo praca nie będzie tak przeszkadzać, jak potrafiła, do tego zobaczymy i posłuchamy Nicka Cave'a, a to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo, my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom!
OdpowiedzUsuń@Woland, mam nadzieję, że rzeczywistość będzie lepsza od zapowiedzi i z listopada zniesiona zostanie klątwa ;)
Usuń