Dzień zaczęłam bardzo bolesnym skurczem łydki. Wstaliśmy późno i po pochłonięciu śniadania zaczęliśmy się rozglądać za możliwościami lotniczymi. Przerwaliśmy sobie te rozważania spacerem nad morze. Żałowałam później, że nie wzięłam normalnego aparatu fotograficznego, bo na plaży ludzi prawie wcale (głównie morsujący), za to wielkie stado bernikli człapało sobie godnie, a potem poderwało się do lotu i kołowało nad Głową. Po powrocie zrobiłam obiad i zaczęłam się znowu troskać bzdurami pt. gdzie i kiedy. W końcu wykupiłam lot w jedną stronę dla siebie. Kochany musiał czekać na rozwój sytuacji z jego pracą; wiemy już, że nie lecimy razem, ja przewożę cięższy bagaż; nie zdecydowałam jeszcze o dacie powrotu.
Wieczorem obejrzeliśmy Czasem trzeba odpuścić (2024), szwedzki film o rodzinie. Dobrze się zapowiadał, ale im dalej w las, tym bardziej wątek pokrzepiający dominował nad logiką.
Tak ogólnie, po spacerze i obiedzie byłam bardzo senna (wychłodzenie?). Poziom energii po południu -0, więc i słuchanie audiobooka nie idzie tak, jak by mogło (tylko dwie sprawy kryminalne).
Mnie się przy takim braku słońca, jaki mam teraz, w ogóle zdjęć nie chce robić. Rano wychodziłem z aparatem, myślałem pstryknę cos na nową winietę, jakieś liście czy goło drzewo i nawet cyfrówki z futerału nie wybrałem.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, przy naszym aparacie odpadł jeden dynks, który powoduje, że zamiast spustu migawki, muszę używać przycisku na ekranie. A to nie to samo, bardzo mnie irytuje takie robienie zdjęć, dlatego od wiosny rzadko aparat wyciągam. W tym przypadku nie dało się do gęsi podejść bliżej, bo są bardzo czujne, a chciałam dobrze się im przyjrzeć, żeby się upewnić, czy poprawnie rozpoznaję gatunek. Yhhh.
Usuń(na winietę możesz wrzucić coś domowego)